Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
05
So, grudzień

Dorota Zięba przyjechała do Włoch w 1993 roku, by podreperować budżet rodzinny. Miał to być krótki wyjazd, zaledwie na trzy, najwyżej cztery miesiące, który przedłużył się do 20 lat. Początki życia na emigracji były ciężkie, ale dzięki uporowi i wierze we własne siły udało się jej otworzyć własną firmę zajmującą się wyrobem deserów, których głównymi składnikami są  galaretki i świeże owoce.

Dorota Zięba Przyjeżdżając do Włoch była Pani młodą mężatką z dwójką malutkich dzieci. Domyślam się, że powodem wyjazdu była trudna sytuacja finansowa rodziny. Jakie były Pani początki życia na emigracji?
Przyjeżdżając tutaj, zostawiłam w domu męża i dwóch synków: Daniel miał dwa latka, a Kamil nie skończył nawet roczku. Brak pracy, mieszkanie u teściów i wiele innych problemów, w tym finansowych spowodowały, że gdy tylko nadarzyła się okazja wyjazdu do pracy na „Zachód” nie namyślałam się zbyt długo, chociaż moje serce bardzo cierpiało.
Początki były trudne, chyba jak każdej osoby, która zmuszona jest zostawić rodzinę w kraju i zacząć pracę od klasycznego zatrudnienia dla cudzoziemców, czyli sprzątaczki i opiekunki osób starszych. Miał to być to krótki wyjazd na trzy, najwyżej cztery miesiące, który przedłużył się do roku. W międzyczasie w moim małżeństwie zaczęło się psuć, więc pojechałam do Polski, zabrałam dzieci, no i tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu minęło prawie 20 lat.

Nie znała Pani języka włoskiego?
Nie znałam w ogóle włoskiego, dlatego moim pierwszym postanowieniem była nauka języka. Nie spałam po nocach, wkuwałam słowniczek polsko-włoski na pamięć. Po kilku miesiącach zdecydowałam się na zmianę pracy, zaczęłam sprzątać „na godziny”.

Jako samotna matka w obcym kraju nie mogła Pani liczyć na żadną pomoc. Czy nie miała Pani chwil zwątpienia?
Miałam ich mnóstwo. W ich przezwyciężaniu pomógł mi zapewne mój buntowniczy charakter i wiara w to, że wszystko się ułoży. Przywożąc do Włoch małe dzieci było mi naprawdę ciężko pogodzić pracę, szkołę maluchów, bycie mamą. Brakowało mi pieniędzy i czasu. Nie jest łatwo pracując samej opłacić mieszkanie, rachunki za światło, gaz i utrzymać dwójkę dorastających chłopców. Znalazłam jednak wyjście, podejmując pracę na nocnej zmianie w barze-cukierni otwartej 24 godziny na dobę. W ten sposób mogłam pogodzić pracę z obowiązkami mamy. Gdy znajdowała się jakaś dobra dusza, która opiekowała się chłopcami, pracowałam po 12-16 godz. Jedynie w ten sposób mogłam zapewnić moi synom godne życie. Po kilku latach pracy w cukierni, z barmanki zostałam kasjerką, a następnie dyrektorem zmiany. Praca ta nie dawała mi jednak pełnej satysfakcji.

I wtedy nadszedł moment wprowadzenia życiowych zmian?
Pracując dla kogoś niestety musisz robić to co ci każą, dlatego w pewnym momencie postanowiłam rzucić pracę, a nabytą wiedzę i doświadczenie oraz pasję do kreowania i tworzenia czegoś innego, nowego wykorzystać do założenia własnej firmy.

 

I tak powstało Dolce Kupido?
Dolce Kupido jest laboratorium cukierniczym, w którym tworzę moje słodkości zawierające jako główne składniki przede wszystkim galaretkę i świeże owoce. Biorąc pod uwagę, że coraz większy procent ludności cierpi z powodu nietolerancji na gluten i dba o linię, a włoskie słodycze są ciężkie i bardzo słodkie, każdy kto próbuje z ciekawości tych kolorowych, przezroczystych i delikatnych deserów, wpada dosłownie w zachwyt. To właśnie ta innowacyjność i świeżość moich wyrobów przyciąga wzrok i podniebienia nie tylko Włochów.

Zaczęłam moją działalność od tzw. badania gruntu, otrzymałam już wiele interesujących propozycji i kontaktów. Jak już wspomniałam, moje wyroby spotkały się z ogromną przychylnością ze strony konsumentów, dlatego  mam powody do optymizmu i do ciągłego rozszerzania działalności.

Czy zamierza Pani otworzyć też punkt sprzedaży detalicznej?
W chwili obecnej skupiam się na „szerokim polu działania”, czyli produkcji i dystrybucji do barów, ciastkarni, restauracji. W laboratorium można zamówić także desery na wszelkiego rodzaju imprezy, np. śluby, komunie, bankiety. W moich planach jest otwarcie punktu sprzedaży detalicznej, może nawet nie jednego lecz całej sieci. Wszakże do odważnych świat należy. W takim punkcie miałabym okazję do wcielenia w życie wszelkich kulinarnych fantazji, a jest ich wiele. Jestem otwarta na wszelkie pomysły współpracy i rozwoju.

Czy desery dostarczane są tylko w okolice Neapolu, czy zapewnia Pani dostawy także do innych miast włoskich?
Moje wyroby dostarczam na obszarze całych Włoch.

Czy otwierając Dolce Kupido spełniło się Pani marzenie?
Zawsze powtarzałam sobie, że kiedy dzieci będą już pełnoletnie, zacznę drugą młodość, drugie życie. Moi chłopcy mają już ponad 20 lat, a ja mając ponad 40-ci zaczynam wcielać w życie moje marzenia. Wychowałam dwójkę wspaniałych mężczyzn, którzy są moim oczkiem w głowie. W tej chwili mam „słodką” firmę i zaczęłam pisać książkę. Należy pamiętać, że życie, pomimo wszelkich problemów, trosk i przeciwności losu jest piękne, i, że każdy poranek, czy deszczowy, czy też słoneczny, niesie nam nadzieję na cudowne, nowe przeżycia i spełnienie naszych marzeń. Wystarczy tylko chcieć i głęboko w nie wierzyć. A ja bardzo chcę i bardzo wierzę.

Dziękuję bardzo za rozmowę i mam nadzieję, że już niedługo będziemy mogli skosztować Pani deserów w wielu zakątkach Włoch.

Dziękuję.

rozmawiała Anna Malczewska

Kiedy przyjechała Pani do Włoch i jaki był powód zmiany miejsca zamieszkania?

Po raz pierwszy przyjechałam do Włoch w 1992 na wakacje do Rzymu. Powróciłam rok później i wtedy poznałam mojego obecnego męża Giuseppe. Nie zamierzałam jednak zostać we Włoszech na stałe, dlatego też po ślubie wyjechaliśmy razem do Polski, aby się tam osiedlić. Po kilku latach pobytu w Polsce, zdecydowaliśmy się jednak na powrót do Rzymu.

 

Posiada Pani wykształcenie plastyczne, czy może te piękne wyroby (rękodzieło artystyczne) to rezultat Pani pasji?

Nie, z wykształcenia jestem pielęgniarką. Przez sześć lat po powrocie do Włoch pracowałam jako asystentka dentysty chirurga. Po wielu latach frenetycznego życia w Rzymie, zdecydowaliśmy się na zamieszkanie poza miastem, i tak w 2005 roku, trafiliśmy do Calcaty (jednego z najstarszych średniowiecznych grodów we Włoszech, znajdującym się zarazem w rezerwacie  przyrody).

Od wielu lat Calcata jest miejscowością o dużych tradycjach artystycznych, mieszkają tutaj światowej sławy artyści malarze, rzeźbiarze, muzycy. W części historycznej miasteczka znajdują się małe warsztaty i ekspozycje rzemieślnicze, z wyrobami ze skóry, ceramiki, wykonaną ręcznie biżuterią, oraz z wyrobami artystycznymi z materiałów wtórnych (plastiku, czasopism, itp.) oraz galerie. Cisza i spokój urokliwego krajobrazu Calcaty stały się dla mnie inspiracją do tworzenia rękodzieł artystycznych. Moja przyjaciółka z Calcaty, która od lat ma swój sklepik z ręcznie szytymi kapeluszami, zaproponowała mi współpracę, jako że obie wykonujemy rękodzieła z różnorodnych tkanin.

Calcata to piękne, zabytkowe miasteczko, do którego zwłaszcza w sezonie letnim przyjeżdżają tłumy turystów. Są też wśród Polacy?

Tak, zwłaszcza w ostatnich latach zwiększył się napływ także polskich turystów.


Kto najchętniej kupuje Pani wyroby (Włosi, turyści z innych krajów)?

Moje wyroby cieszą się uznaniem zarówno u Włochów jak i wśród turystów zagranicznych. Niektóre z moich prac zostały sprzedane między innymi do krajów takich jak: Japonia, USA, Monako, Anglia, Turcja, Meksyk, Australii i wielu innych.

Czy sądzi Pani, że mieszkając np. w bloku w wielkiej metropolii trudniej by było Pani tworzyć?

Nie byłoby mi trudno tworzyć, ale jestem przekonana, że pozostając w Rzymie, prowadząc inny styl życia, nie odkryłabym drzemiących we mnie umiejętności.

 

Co Pani robi najbardziej robić: wyszywać, rysować, itp.?

Zarówno szyć jak i rysować. Moje rękodzieła wykonane są z przeróżnych tkanin i są szyte na maszynie. Niektóre z nich powstają bez wstępnego rysunku (zamysł rodzi się w trakcie realizacji), np. torby, charakterystyczne pokrowce na chusteczki higieniczne w formie kanap. Natomiast obrazy które tworzę, wykonuję według uprzednio zrobionego rysunku.


Słyszałam, ze Pani mąż też jest artystą. Jaką dziedzin sztuki konkretnie się zajmuje?

Mój mąż posiada talent muzyczny. Gra na kilku instrumentach: gitara, klawisze, perkusja oraz śpiewa. Kiedy mieszkaliśmy w Polsce, był członkiem zespołu muzycznego Standard. Od kilku miesięcy angażuje się jako perkusista w zespole z miejscowymi muzykami.

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w życiu zawodowym i osobistym.

Dziękuję i zapraszam do mojego sklepiku

Katarzyna Conte

Via S. Giovanni, 1 – Calcata Vecchia

tel. 0761.587713

 

wysłuchała Danuta Wojtaszczyk

Jego „kariera” we Włoszech zaczęła się od spania na plaży i pracy na zmywaku. Dziś jest prawnikiem (właśnie rozkręca własne biuro poradnictwa), dumnym ojcem dwójki, wychowanych na porządnych ludzi nastolatków i cenionym animatorem życia Polonii włoskiej.

Robert i Renata / foto: archiwym prywatne Roberta MałeckiegoWiele się zmieniło w jego życiu w ciągu ostatnich piętnastu lat, jednak Robert pozostał wciąż ten sam. Kiedy naście lat temu poznałyśmy go w Rzymie był niepoprawnym idealistą, zamęczającym zebrane  grono działaczy polonijnych różnymi  pomysłami na to, jak uszczęśliwić wszystkich Polaków mieszkających we Włoszech. Przekonywał, że gdyby Polonusi z całej Italii zjednoczyli się, nie byłoby już rodaka, który cierpiałby z powodu biedy, osamotnienia, bezdomności i dyskryminacji. Z tego idealizmu nie wyrósł, z pożytkiem, trzeba przyznać dla Polonii włoskiej. Nie doczekaliśmy się wprawdzie jeszcze żadnej super-organizacji polonijnej, zdolnej zjednoczyć wszystkich, to jednak dzięki temu upartemu społecznikowi w tym roku już po raz drugi Polonusi z całego Półwyspu Apenińskiego mieli okazję do spotkania  (podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy).

Nie zamierzamy jednak w tym miejscu rozwodzić się nad dalszymi zapowiadanymi przez Roberta Małeckiego planami jednoczenia Polaków we Włoszech (poświęcimy temu oddzielny artykuł), pragniemy po prostu zaprezentować Wam sylwetkę kolejnego rodaka, który jest wcieleniem jakże bliskiemu naszym sercom powiedzenia:  „Polak potrafi”.

Podobno psychika ludzka ma tendencję do usuwania z pamięci przykrych doświadczeń, a jak wiemy Twoje pierwsze dni we Włoszech nie były usłane różami. Pamiętasz jeszcze tamte chwile zaraz po przyjeździe?
Pamiętam  doskonale ten okres życia, choć minęło już piętnaście lat. Moja żona Renata była już we Włoszech. Przyjechała  tu do pracy, żeby poprawić naszą sytuację finansową. W tamtym czasie mieliśmy sporo kłopotów…  Byliśmy młodym małżeństwem, na dorobku i mieszkaniem na  kredyt. Małe dziecko,  trochę życiowych pomyłek i cóż, tak się wszystko niefajnie ułożyło, że trzeba było szukać pracy za granicą.  Rodzina, u której pracowała Renata jako pomoc domowa i opiekunka starszej pani, pozwoliła jej przywieźć  dziecko. Krystian miał wtedy trzy i pół roku.  Oczywiście to już było bardzo dużo, że dziecko mogło być z mamą,  jednak ja zostałem sam w Polsce, i tak naprawdę nie wiedziałem  co ze sobą począć. Czułem się przegrany już  na samym starcie. Po kilku miesiącach stwierdziłem, że dłużej tej rozłąki nie wytrzymam.  Spakowałem walizkę, wsiadłem w busa i zadzwoniłem tylko, że  jadę, nie czekając na reakcję Renaty. Po kilkunastu godzinach znalazłem się w przepięknej miejscowości  letniskowej  nad morzem Tyrreńskim.

I co było dalej?
Potem był wielki stres…. Z żoną i dzieckiem wprawdzie się widziałem,  ale nie było mowy o tym, abym się zatrzymał u tej rodziny, u której pracowała Renata. Więc podstawowym problemem po przyjeździe było to, gdzie przenocować, i gdzie zahaczyć się do pracy. Pierwszy dzień i pierwsza noc to dopiero była improwizacja! Przechadzałem się po plaży, bo o spaniu na leżakach nie było mowy. Dzięki życzliwości znajomych mojej żony cudem udało mi się znaleźć pracę. Cudem, gdyż po włosku umiałem powiedzieć tylko „SI”. Pewien kucharz o miękkim sercu wziął mnie do mycia garów, za 50 tysięcy lirów dniówki. Super jak na początek, miałem co jeść, a także gdzie spać. Było to wprawdzie spanie na podłodze w przedpokoju u mojego pracodawcy, ale nie musiałem się już przynajmniej szlajać po plaży.
I pomyśleć, że w Polsce zostawiliśmy pusty nowiutki jak z igły apartament!

Żonę i syna mogłem zobaczyć tylko wtedy, kiedy Renata i ja mieliśmy wolne popołudnie. Serce pękało, kiedy musieliśmy rozstać się po krótkim spacerze. W pracy radziłem sobie jak mogłem, a że znałem tylko jedno słowo, na trzy tysiące włoskich słów na minutę wypowiadanych przez mojego pracodawcę, odpowiadałem zawsze SI, nie wiedząc dlaczego rzuca we mnie patelniami i garnkami. I tak zostałem MISTER SI. Poważny problem pojawiał się kiedy szef wołał np. „Roberto – padella”, ja oczywiście odpowiadałem SI i podawałem mu garnek,  który za chwilę lądował na mojej głowie. Tak wyglądały moje pierwsze lekcje języka włoskiego.

Kiedy wreszcie udało Wam się zamieszkać z Renatą i Krystianem razem?
Sezon wakacyjny szybko się skończył, a wraz z nim moja praca sezonowa. Wtedy nadszedł moment na nowe decyzje. Renata rzuciła pracę, wynajęliśmy mieszkanie na krechę i oboje zaczęliśmy szukać zatrudnienia. Było ciężko, ale od wielu miesięcy znów byliśmy razem…

Kiedy Krystian miał 7 lat urodziła się Victoria. Mając dwójkę małych dzieci, mnóstwo codziennych kłopotów szybko zacząłeś działać w czynie społecznym na rzecz Polonii. Opowiedz o tym, skąd czerpałeś energię, na przygotowywanie programu telewizyjnego o Polsce w lokalnej TV, na założenie stowarzyszenia polonijnego…

Praca, dom, dzieci, wydawałoby się, że nie ma już czasu na nic innego. Mogłem zająć się pracą społeczną dzięki Renacie, bez jej akceptacji i pomocy, nic by mi się nie udało. Każdy mój sukces jest naszym sukcesem. Nic tu nie było planowane, wszystko zaczęło się spontanicznie i maszyna zaczęła się kręcić. Piętnaście lat temu w Follonice było około 30 polskich kobiet , które pracowały we włoskich domach. Polska rodzina z dzieckiem to był ewenement. Pamiętam jak zorganizowaliśmy pierwszą mszę świętą w języku polskim. Kościół był pełen, dlatego też postanowiliśmy organizować je regularnie. Często po nabożeństwie podchodziły do mnie kobiety i opowiadały o swoich problemach, tych w Polsce i tu we Włoszech. Prosiły o wsparcie i pomoc. I co miałem je tak zostawić… Aby pomóc im w rozwiązaniu tych rożnych kłopotów, biegałem do związków zawodowych, urzędów, prawników, przestudiowałem włoskie prawo pracy… Moja wiedza dawała mi nową adrenalinę, a każdy rozwiązany problem ogromną satysfakcję. I tak w moim domu spotykały się kobiety na „herbatki u Renatki”,  a mój osobisty numer telefonu , który posiadam od 15 lat zrobił Giro di Italia.

Tak też powstała idea, a potem samo Stowarzyszenie. W podobny sposób narodziłRenata w studio TV / foto: archiwum prywatne Roberta Małeckiego się pomysł na program TV w lokalnej telewizji, który miał za zadanie promować Polskę i odpowiadać na antenie na pytania Polaków. Po omówieniu szczegółów z dyrektorem TV Teletirreno Maremma Channel, pełen entuzjazmu ,że udało mi się go przekonać, wracałem do domu i w drodze doszło do mnie, że przecież nie ma go kto poprowadzić… Nie było czasu się długo zastanawiać, bo trzeba było działać od razu. Pamiętam do dziś, jak wpadłem do domu szczęśliwy, Renata zajmowała się wtedy naszą dwumiesięczną Victorią Robertą i  mnie oświeciło. Powiedziałem do żony: „wiesz, załatwiłem ci pracę, od jutra będziesz dziennikarką…”. Myślałem, że upuści małą na podłogę, zanim wypowiedziała: „ale…” a ja nie czekając dłużej, powiedziałem: „no, wiedziałem że się zgodzisz!”. I tak Renata szybko udowodniła ,że jest dobra i z plastyczki przekwalifikowała się na dziennikarkę (została nawet zarejestrowana w Albo dei Giornalisti di Firenze). Oczywiście została pierwszym członkiem mojego stowarzyszenia!  Od tej pory dzieciaki towarzyszyły nam wszędzie (nagrania , zjazdy, konferencje, itp…).

Stowarzyszenie, a może dokładniej kilka osób z wielką chęcią, zrobiło wiele wspaniałych rzeczy, np. pielgrzymka do Rzymu z audiencją  u Papieża Jana Pawła II, pomoc finansowa i materialna polskim powodzianom, projekt  AmicinelMondo i przyjazd dzieci ze szkoły podstawowej im. Jana Pawła II z Czułczyc do Włoch z pielgrzymką i audiencją u Papieża Benedykta XVI, zrealizowanie marzenia małego Miłosza z Fundacji „Trzeba Marzyć” i wiele, wiele innych pięknych inicjatyw, które mam nadzieje, tak mnie, jak wszystkim innym pozwoliły tu przetrwać trudne chwile.

5 lat temu podjąłeś studia w Rzymie w Europejskiej Wyższej  Szkole Prawa i Administracji. Dojazdy z Toskanii do Wiecznego Miasta, konieczność pogodzenia nauki z pracą i życiem rodzinnym na pewno kosztowały Cię wiele wyrzeczeń. Jak wspominasz ten okres Twojego życia? Co najbardziej Cię mobilizowało do nauki?
Do podjęcia studiów namówiła mnie oczywiście moja żona Renata, a to tylko z tego powodu, że w Rzymie pojawił się tak fascynujący mnie kierunek jakim jest prawo. Liczyliśmy się z tym, że będzie ciężko i faktycznie tak było. Dojazdy, hotele, wyżywienie, to ogromne koszty,  a w dodatku czas, którego i tak już wcześniej miałem mało. Jestem jednak szczęśliwy, gdyż ukończenie EWSPA w Rzymie zmieniło moje życie. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, którzy podobnie jak  ja chcieli zmienić swoje życie. Mile wspominam ten okres mojego życia.

Z pomywacza naczyń stałeś się prawnikiem. To niezły wyczyn jak na emigranta we Włoszech, nie uważasz?
To nie wyczyn, to życie. Myślę że to od nas samych zależy, jak się potoczą nasze losy. Mógłbym przecież do tej pory zostać w tamtej restauracji i myć naczynia, przychodzić do domu zmęczony i przy butelce piwa narzekać na życie, politykę i cały ten zły świat. Nie chciałbym nikogo urazić, ale uważam że na podejmowanie odpowiednich decyzji  musi się składać wiele czynników . Czuję się człowiekiem  szczęśliwym, bo u mojego boku w momencie podejmowania ważnych dla mnie decyzji i w trakcie ich wcielenia w życie wspierała mnie zawsze moja kochana żona Renata i dwoje naszych fantastycznych dzieciaków. To dzięki nim i ich wytrwałości, wyrozumiałości i mojej konsekwencji dziś z dumą mogę powiedzieć,  że jestem magistrem prawa.  Obroniłem dyplom pod koniec ubiegłego roku. Krótko po ukończeniu studiów założyłem firmę Konsulent ItalPol wraz z moim wspólnikiem Avv. Giuseppe Balzano. Moja firma doradcza oprócz fachowych porad prawnych, zajmuję się również promocją Polskich firm, polskiego dobrego produktu na włoskim rynku, jak również zakładaniem nowych włoskich firm w Polsce,  co wiąże się z napływem do Polski nowego kapitału i tworzenia miejsc pracy.

Życzymy Ci dalszych zawodowych i osobistych sukcesów. Jak już wcześniej uprzedziłyśmy  Ciebie i czytelników „Naszego Świata” o  Twojej działalności społecznikowskiej na rzecz Polonii włoskiej i plany, zjednoczenia Polaków we Włoszech porozmawiamy z Tobą przy innej (niedalekiej) okazji.
Dziękuję.

Danuta Wojtaszczyk i Anna Malczewska

Ryszard Demel jest pierwszym Polakiem oraz obcokrajowcem, który otrzymał tak wysokie wyróżnienie w Padwie.

Ryszard Demel14 stycznia w Padwie odbyła się uroczystość przyznania Honorowego Obywatelstwa Miasta Padwy Ryszardowi Demelowi - polskiemu artyście, filologowi, historykowi sztuki, nauczycielowi akademickiemu, związany z Uniwersytetem w Padwie. Wniosek o nadanie tego wyróżnienia złożony został przez znany autorytet naukowy prof. Giuliano Pisani i Stowarzyszenie Włosko-Polskie w Padwie (AIPP).

Ryszard Demel to niezwykła postać Polaka na obczyźnie. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku. Na początku 1945 r. wstąpił do II Korpusu we Włoszech. W 1946 r. został skierowany przez gen. Andersa na studia do Akademii Sztuk Pięknych w Rzymie. Po opuszczeniu Włoch przez II Korpus i wyjeździe do Anglii, Demel kontynuował studia w School of Painting and Printmaking in England. Mianowany kierownikiem Pracowni Malarskiej i Aktu przy Konfraterni Artystów i Aktorów Teatru w Londynie, pracował jako pierwszy asystent znanego witrażysty J. E. Nuttgensa w High Wycombe. Od roku 1952 był nauczycielem w trzech szkołach średnich w Hastings, gdzie urządził swoją pracownię witrażu i zdefiniował wyniki nowatorskich eksperymentów związanych ze szkłem i efektami światła w kompozycjach mozaikowych nazwanych „witrażami refrakcyjnymi”.

Po dziesięcioletnim pobycie w Hastings, prof. Demel przeniósł się do Padwy, rodzinnego miasta żony.
Najbardziej sławnymi witrażami autorstwa Ryszarda Demela jest cykl pięciu witraży w Duomo - katedrze w Padwie.

Wzbogacił swoją artystyczno-literacką osobowość przyjaźnią z Sergiuszem Piaseckim, sławnym autorem „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. Piasecki oddał Demelowi w testamencie prawa autorskie i swoje bogate archiwum. Artysta opracował biografie pisarza i wydał wszystkie jego powieści w Polsce.
Jako lektor języka angielskiego pracował w Państwowym Instytucie Hotelarskim w Abano Terme i na Uniwersytecie w Padwie oraz w Ca’Foscari w Wenecji jako lektor języka i literatury polskiej. Uzyskał doktorat na Polish University w Londynie oraz tytuły Bachelor of Arts, Fellow of the Institute of Linguists, Fellow of the Royal Society of Arts, instytutów angielskich.

Jako aktywny członek Polish Society of Arts and Sciences Abroad jest na liście wybitnych polskich uczonych na obczyźnie za zgłębienie tajemnic światła w sztuce witrażu oraz za osiągnięcia literackie i artystyczne. Za służbę kulturze Ryszard Demel został uhonorowany złotym GLORIA ARTIS.

redakcja

Piotr Szczurtek przyjechał do Włoch w ramach Wolontariatu Europejskiego, akcji programu “Młodzież w działaniu” Unii Europejskiej. Współpracuje z Europe Direct Point  w Roseto degli Abruzzi, gdzie zajmuje się promocją mobilności europejskiej wśród młodzieży i studentów włoskich.

Piotr Szczurtek / foto: archiwum prywatneDo Włoch przyjechałeś niedawno…
Tak, przyjechałem w styczniu i będę tu do sierpnia. Mam 24 lata i pochodzę z  małej miejscowości w województwie łódzkim – Rogów. Jestem tegorocznym absolwentem kierunku Geografii Uniwersytetu Łódzkiego o specjalizacji geografii politycznej i regionalnej z fakultetem dydaktyki.

Jesteś tutaj w ramach akcji Wolontariat Europejski (EVS), na czym on polega?
Wolontariat Europejski jest to akcja  Programu "Młodzież w działaniu" Unii Europejskiej. EVS wspiera międzynarodową wolontaryjną pracę dla młodych ludzi z całej Europy. Jego celami jest rozwijanie solidarności, promocja tolerancji między młodymi ludźmi i obywatelstwa Europejskiego.Tematyka projektów zamieszczanych w bazie danych jest niezmiernie różnorodna, można np. pracować w przedszkolu, bibliotece,  instytucjach kultury, informacjach turystycznych, centrach informacji europejskiej. Czas trwania projektów wynosi od 2 do 12 miesięcy, tak więc każdy może znaleźć coś dla siebie w zależności od możliwości czasowych oraz zainteresowań.

Kto może zostać wolontariuszem? Co trzeba zrobić, by się nim stać?
Każdy w wieku od 18 do 30 lat, kto chciałby przeżyć niesamowity czas, zdobyć doświadczenie, poznać wyjątkowych ludzi. Nie potrzeba mieć żadnych kwalifikacji ani doświadczenia, nie potrzeba znać języka obcego na określonym poziomie. Najważniejszą rzeczą jest silna motywacja oraz wiek. Jeśli chcesz zostać wolontariuszem lub wolontariuszką trzeba zgłosić się do organizacji wysyłającej (w moim przypadku, była to tj. Fundacja Edukacji i Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego "FERSO" w Łodzi, a następnie znaleźć zagraniczną Organizację Goszczącą oraz odpowiadający projekt EVS w internetowej bazie danych. Później jest to już tylko okres oczekiwania na decyzję Narodowej Agencji o przyznaniu dofinansowania projektu bądź nie. Cały proces brzmi może skomplikowanie, ale jest to naprawdę bardzo prosta czynność.

Współpracujesz z Europe Direct Point w Roseto degli Abruzzi. CzymZ wizytą u burmistrza Roseto degli Abruzzi / foto: archiwum prywatne dokładnie się zajmujesz?
Zajmuję się promocją mobilności europejskiej wśród młodzieży i studentów włoskich. Udzielam wszelakich informacji, na temat możliwości wyjazdu za granicę z ramienia UE. Obecnie pracuję również nad dwoma dosyć dużymi projektami
(Leonardo da Vinci oraz You and for Europe). Prócz tego posiadam również własny projekt, podczas którego będę odwiedzał przedszkola, szkoły podstawowe, licea w regionie Abruzzo prowadząc workshopy na temat Polski, ekologii, problemów współczesnej Europy i świata.

Czy przyjeżdżając do Italii znałeś już język włoski?
Niestety nie. Pierwszy tydzień  był ciężki pod tym względem. Każda próba podjęcia konwersacji zawsze kończyła się po minucie. Obecnie, po dosyć intensywnym kursie języka włoskiego, który zapewniła mi moja organizacja mogę powiedzieć, że jest znacznie lepiej. Język włoski nie sprawia mi już zbyt dużych problemów.

Czy ten wyjazd jest Twoim pierwszym jako wolontariusz?
Tak, jest to mój pierwszy wyjazd w tej formie. Wcześniej uczestniczyłem  tylko w dwutygodniowych wymianach  młodzieży w Niemczech, Francji i Węgrzech.

Czy jesteś jedynym wolontariuszem w Europe Direct Point?
Nie, jest nas 5 osób: Alexander z Rumunii, Anamaria z Chorwacji, Michaela z Austrii i Edite z Portugalii. Mieszkamy wszyscy razem w dwóch apartamentach.  Muszę powiedzieć, że jest to bardzo zwariowana grupa. Każdy nowy dzień to ciągła wymiana doświadczeń, kultury, itp.

Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.

rozmawiała Anna Malczewska

Kilka miesięcy temu wzięła udział w polskiej edycji programu kulinarnego MasterChef, podczas którego udało jej się dojść do półfinału.Gotowanie fascynowało ją już od małego, ale dopiero po przyjeździe do Włoch stało się prawdziwą pasją. Obecnie prowadzi z mężem rodzinne gospodarstwo rolne, specjalizujące się w produkcji oliwy z oliwek extravergine. Z Agnieszką Sulikowską-Radi rozmawia Anna Malczewska

Agnieszka w kuchni / foto: archiwum prywatneKiedy przyjechałaś do Włoch i jaki był powód Twojej przeprowadzki?

Po raz pierwszy przyjechałam do Włoch podczas studiów, biorąc udział w programie Socrates-Erasmus. Przez pięć miesięcy studiowałam na Uniwersytecie w mieście L'Aquila. Wróciłam di Polski, obroniłam się (z wykształcenia jestem nauczycielem fizyki) i postanowiłam wrócić na wakacje do Włoch. Przez trzy miesiące pracowałam dla agencji animatorów na kempingach. Podróżowałam pomiędzy Jeziorem Garda, Elbą i wybrzeżem Toskanii, poznając nowych ludzi, miejsca i kulturę. Wakacje dobiegały końca, a ja nie do końca chciałam wracać. Postanowiłam zapisać się na studia, tym razem we Włoszech. Wybrałam Uniwersytet w Urbino, przeprowadziłam się do Pesaro i znalazłam pracę jako kelnerka w restauracji i tak zaczął się mój nowy rozdział życia.

Mieszkasz w Tavullia, 70 km od Ankony, gdzie wraz z mężem prowadzisz gospodarstwo rolne, w którym zajmujecie się uprawą drzew oliwkowych i produkują oliwę. Jak narodził się ten pomysł?

Po kilku latach pracy, która wiązała się z ciągłymi podróżami, byliśmy zmęczeni. W sumie w ciągu roku spędzaliśmy w domu może miesiąc. Chcieliśmy się zatrzymać w końcu i zmienić wszystko. Pomysł na plantację oliwek był przypadkowy. Nasz znajomy nie wiedział co zrobić ze swoimi drzewami oliwnymi, więc doszliśmy do wniosku, że możemy się nimi zająć my. I tak wszystko się zaczęło. Wypełniłam dom tonami książek o uprawie drzew oliwnych i produkcji oliwy. Nie obyło się bez problemów... pogoda potrafi naprawdę zepsuć całoroczną pracę. Ale coś za coś. Praca jest bardzo ciężka, ale daje dużo satysfakcji.

Kilka miesięcy temu wzięłaś udział w polskiej edycji MasterChef, niestety nie udało Ci się wygrać programu, ale pozostały Ci z pewnością wspaniałe wspomnienia. Opowiedz nam o nich.

Przygoda była świetna. Idąc na casting  nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę dojść tak daleko. Jestem dumna z tego co osiągnęłam i cieszę się, że wygrała Basia Ritz. Jestem dożywotnim fanem jej kuchni. Do dziś konsultuję z nią różne moje przepisy, bardzo często jej wskazówki są na wagę złota. 

Nagrania były bardzo ciężkie i stresujące, ale towarzystwo reszty uczestników było wspaniałe, więc bawiliśmy się świetnie. Bardzo miło wspominam również Michela Morana i Anię Starmach. Michel jest wspaniałym człowiekiem i utalentowanym kucharzem. Dla mnie najbardziej liczyła się jego opinia. Często po nagraniach, już w kuluarach, komentował nasze dania, dając nam techniczne wskazówki. Byłam gościem w Zbiory / foto: archiwum prywatnejego restauracji w Warszawie i do dziś wspominam ten dzień, wszystkie dania były wyśmienite.

Jeżeli chodzi o resztę uczestników, to do dziś mamy ze sobą kontakt i spotykamy się. W programie trzymaliśmy się razem i bardzo często pomagaliśmy sobie. Wieczorami żartowaliśmy z samych siebie analizując dzień nagraniowy. Nie było nas w domu prawie dwa miesiące, więc bardzo się zżyliśmy ze sobą... ciężko było się żegnać.

Po zakończeniu nagrań rozjechaliśmy się po świecie, ale na szczęście nawet tysiące kilometrów nam nie zaszkodziło .Ostatnio gotowaliśmy wspólnie na Rynku w Krakowie z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Dowiedziałam się, że tak naprawdę gotowanie stało się Twoją pasją dopiero we Włoszech, czy to dzięki kuchni śródziemnomorskiej?

Pamiętam, że już w szkole podstawowej gotowałam rodzicom obiady. Na początku była to kuchnia polska, później pierwsze eksperymenty. Powiedzmy, że pierwsze kroki stawiałam w Polsce. Jednak dopiero po wyjeździe z Polski wszystko się zaczęło. We Włoszech spotkałam się z nieograniczoną ilością produktów najwyższej jakości, których dotąd nie znałam. Na początku kopiowałam dania, które serwowałam na co dzień w restauracji. Później podpatrywałam teściową jak gotowała potrawy regionalne. Kiedy tylko miałam czas, oglądałam program „La prova del cuoco”, skąd wzięło się wiele nowych pomysłów. Zawsze miałam olbrzymie ilości książek kucharskich, ale nigdy nic nie ugotowałam z przepisu. Służyły mi raczej jako inspiracja. 

Jeżeli chodzi o eksperymenty kulinarne, to muszę niestety czekać, aż pojadę do Polski, gdzie często urządzam kolacje dla przyjaciół. Mój mąż jest powiedzmy "klaustrofobem kulinarnym", ale to chyba  cecha większości narodu włoskiego. (śmiech) On po prostu nie uznaje innej kuchni niż włoska. Staram się z tym walczyć... choć o efekty nie jest łatwo.

Agnieszka Sulikowska-Radi podczas polskiej edycji programu MasterChef / foto: Jacek WrzesińskiCo robi Agnieszka Sulikowska-Radi oprócz gotowania i produkcji oliwy?

Mam wiele zainteresowań, niektóre towarzyszą mi od lat, inne zmieniają się dość często. W lecie dużo jeżdżę na rowerze, pływam i nurkuję. Łowię owoce morza i często na kolację mamy to, co nazbieram pod wodą w ciągu dnia. Uwielbiam podróżować. Nudzą mnie miejsca i czuję potrzebę częstego przemieszczania się. Moje podróże, to również poznawanie nowych produktów i smaków w sumie to wszystko sprowadza się u mnie do kuchni. (śmiech) Dużo czytam. Uwielbiam kryminały, ale nie tylko. Z książkami jest u mnie tak jak z kuchnią czy muzyką, wybieram taką, która pasuje do aktualnego stanu mojej duszy. 

Czy możesz podzielić się z Czytelnikami jednym z ulubionych Twoich przepisów? 

Jestem miłośniczką wszelkiego rodzaju zup, szczególnie kremów. Zupę potrafię zrobić z wszystkiego. W zimie uwielbiam dodawać do dań imbir i gałkę muszkatołową, a jedną z ulubionych zup w tym sezonie to krem z marchwi właśnie z imbirem, podawany z grzankami z wędzonym serem. Inne przepisy można znaleźć na mojej stronie internetowej: www.l-olivo.pl.

Agnieszka poleca: Zupa krem z marchwi z imbirem

Twoje plany na przyszłość?

Planów jest dużo... w większości oczywiście związanych z kuchnią. Cały czas pracuję nad moim portalem internetowym, który niedawno stworzyłam: www.l-olivo.pl. Pragnę rozbudować mój sklep internetowy o trufle i inne niszowe produkty włoskie. Planuję nagranie kilku filmów instruktażowych z robienia makaronu. Chcę przybliżyć Polakom prawdziwą włoską kuchnię. Zawsze chciałam zająć się też turystyką. Szukam cały czas agroturystyki lub jakiejś innej struktury, z którą mogłabym współpracować. Chciałabym stworzyć miejsce, gdzie można spędzić najwspanialsze włoskie wakacje: zwiedzając, łowiąc ryby, ucząc się gotowania czy języka włoskiego. Biesiadując do późnego wieczora przy kieliszku lokalnego wina, dobrej kuchni i włoskiej muzyce.

Życzę Ci spełnienia wszystkich marzeń i mam nadzieję, że niedługo będę mogła Cię odwiedzić, by przeżyć najwspanialsze w życiu wakacje.

Dziękuję.

Redakcja dziękuje stacji TVN za udostępnienie zdjęcia Agnieszki Sulikowskiej-Radi z programu Master Chef

Alicja Zielińska mieszka od 8 lat w Motta Sant'Anastasia nieopodal Katanii. Kilka miesięcy temu dostała się do konkursu piękności Miss Primavera, którego finał odbedzie się w maju. Do tego czasu można oddać głos na piękną Polkę, wchodząc na jego oficjalną stronę.

29-letnia Alicja miała zatrzymać się tutaj na kilka tygodni, a została wraz z koleżanką aż 3 miesiące.
- Na Sycylię przyjechałam z koleżanką na wakacje. Podczas pobytu poznałam mojego męża – wspomina Alicja i dodaje – nie chciałam się tutaj z nikim wiązać, ponieważ nie myślałam o przeprowadzce do Włoch. Nie znałam włoskiego, poza tym byłam w trakcie studiów.

- Widywaliśmy się coraz częściej i minęło prawie 5 lat od naszego ślubu – mówi. – Mamy piękną, trzyletnią córeczkę i psa, którego kupiliśmy w Polsce, także mój mąż mieszka z trzema kobietami i do tego Polkami (śmiech).

Alicja ukończyła w Warszawie Wyższą Szkołę Psychologii Społecznej, jednak nie pracuje w swoim wyuczonym zawodzie.
- Jakiś czas temu byłam tłumaczem w amerykańskiej bazie wojskowej w Sigonelli, a teraz o czasu do czasu pracuję jako modelka – przyznaje Polka.

W listopadzie ubiegłego roku 29-latka dostała się do drugiej edycji konkursu piękności Miss Primavera.
- To był przypadek. Znalazłam reklamę konkursu w internecie i postanowiłam, dla żartu zapisać się, ale nie mogłam na stronie imprezy wgrać moich zdjęć – tłumaczy. – Postanowiłam dać sobie spokój, ale na drugi dzień otrzymałam wiadomość od organizatora, który pytał mnie, czy jednak nie zdjecyduję się na wzięcie udziału w konkursie, ponieważ widział moje zdjęcia, które bardzo mu się spodobały.

W jaki sposób można oddać głos na polską kandydatkę?
- Wystarczy wejśc na mój profil, zamieszczony na stronie konkursu:  – mówi Ala, prosząc czytelników „Naszego Swiata” o doping.

Głosy na młodą Polkę można oddawać do maja. W konkursie można wygrać m.in.: profesjonalnie zrobioną stronę internetową laureatki oraz różnego rodzaju sesje zdjęciowe.
- Wygrana w konkursie nie zmieni mojego życia, ponieważ traktuję go jako przygodę i dobrą zabawę, jednak będzie mi niezmiernie miło, jeżeli rodacy będą popierać moją kandydaturę – stwierdza na koniec Zielińska.

Anna Malczewska