Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
29
Pt, maj

Helena z Woyniewiczów Makowska (1893-1964), światowej sławy aktorka, gwiazda kina niemego,  wystąpiła w ponad 60 filmach, znajdujących się w muzeach i archiwach całej Europy. W Polsce prawie nieznana i często mylona z Heleną Makowską Fijewską – żoną znanego polskiego aktora Tadeusza Fijewskiego. Siostra Witolda  Woyniewicza – wybitnego warszawskiego architekta, zdobywcy wielu nagród i wyróżnień, jeszcze rzadziej wspominanego niż ona sama. W okresie międzywojennym rodzeństwo Woyniewiczów zaangażowało się w politykę antysowiecką. W czasie II wojny światowej oboje znaleźli się poza granicami Kraju, po jej zakończeniu już nigdy do niego nie powrócili. Witold Woyniewicz zmarł w 1962 roku w Rio de Janeiro, jego grobu nie udało się dotychczas odnaleźć. Helena Makowska zmarła 22 sierpnia 1964 roku w Rzymie i pochowana została na cmentarzu Campo Verano w tym mieście. Czytaj więcej >

Alina Bala

opracowanie red. tekstu:

Agata Rola-Bruni – Stowarzyszenie LE RONDINI

Edyta Ścibior

 

„Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci”

W. Szymborska

22 sierpnia (piątek) o godz. 18.30

w kościele polskim św. Stanisława B.M w Rzymie odprawiona zostanie Msza św.

za duszę

ś.p. Heleny Makowskiej z Woyniewiczów

w 50. rocznicę śmierci

o czym zawiadamia Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne LE RONDINI

 

Można by powiedzieć, że ród Poniatowskich od zawsze był związany z Włochami. Ponoć ich korzenie wywodziły się z wielowiekowego rodu Torelli z Ferrary.
 
Gdy jednak Stanisław August Poniatowski zasiadł na tronie królewskim Polski i Litwy, wydawało się, że także jego potomków i najbliższych krewnych  historia zapamięta jako najwyższych osobistości naszego kraju, a tymczasem...
 
Carlo, Elisa i Giuseppe Poniatowski
fot. luigiverdi.it

Z pewnością dla wielu naszych czytelników nazwisko Rafała Nordwinga skojarzy się z wiadomościami sportowymi - autorską rubryką młodego sportowca, którą prowadził przez ponad rok na łamach „Naszego Świata”. Od tego momentu minęło już sporo czasu, ale redakcja śledziła pilnie poczynania młodego lekkoatlety, który po kilku latach przerwy znowu powrócił do biegania. Wyniki ostatnich zawodów mówią same za siebie, Rafał ma szansę na zrobienie kariery i kto wie, może już w przyszłym roku zobaczymy go na podium... Z młodym maratończykiem, który za kilka tygodni zostanie ojcem rozmawia Anna Malczewska

Rafał Nordwing / foto: archiwum prywatne18 maja zająłeś 5 miejsce w maratonie „Race for the Cure”, kilka dni temu 4 pozycja podczas nocnego maratonu Corri Roma. To bardzo dobre wyniki, zważywszy, że w tego rodzaju imprezach bierze udział kilka tysięcy osób.

To były naprawdę duże i dobrze zorganizowane biegi. Cieszę się, że udało mi się zająć w nich tak wysokie miejsca. "Race for the cure" był chyba jednym z największych we Włoszech maratonem, na starcie stanęło ponad 70 tys. ludzi. Natomiast "Corri Roma" to drugi pod względem popularności bieg nocny w kraju. Stawka była dość silna, dwóch pierwszych zawodników na mecie pochodziło z Afryki. Ja byłem drugim białym, który przeciął linię mety.

Reprezentujesz barwy jakieś włoskiego klubu?

Tak, jestem członkiem LBM Sport Team Roma, klubu, który zrzesza w swoich szeregach ponad 700 osób. Większość z nich biega czysto amatorsko, ale jest wśród nas kilku biegaczy na wysokim poziomie.

Zamiłowanie do biegów narodziło się jeszcze, kiedy mieszkałeś w Polsce. Od ilu lat trenujesz??

Moja przygoda z lekkoatletyką zaczęła się jeszcze w gimnazjum. Oczywiście były to biegi międzyszkolne, w których zajmowałem czołowe pozycje. Wkrótce dołączyłem do lokalnego amatorskiego klubu biegacza z mojego miasta, Nowego Dworu Mazowieckiego. Na jednym z biegów zostałem zauważony przez trenera warszawskiej Legii, z którym współpracowałem przez kilka miesięcy. Następnie przeszedłem do stołecznej Warszawianki, w której występowałem i rywalizowałem z najlepszymi atletami w Polsce. Zarówno w biegach ulicznych jak i na stadionie.

Potem, w 2009 roku przyjechałeś do Włoch i jak większość emigrantów na początku byłeś zmuszony do odstawienia pasji na drugi plan, ponieważ najważniejsza w tym czasie była praca i ustatkowanie się. Kiedy zdecydowałeś się powrócić do biegów?

Dokładnie, na początku nawet nie myślałem o bieganiu, najważniejsza była praca i zapewnienie sobie godnego bytu. Dopiero w marcu zeszłego roku podczas oglądania Maratona di Roma narodził się pomysł, żeby wrócić do sportu. Na początku miało to być czysto amatorsko, tak rekreacyjnie dla zdrowia. Potem biegałem coraz więcej, startując w międzyczasie w kilku mniejszych zawodach. Za namową mojej narzeczonej i jej rodziny postanowiłem bardziej przyłożyć się do treningów. Od początku tego roku trenuję z większym zaangażowaniem.

Trenujesz codziennie? Ile km pokonujesz dziennie?

W tygodniu mam 6 dni treningowych. W tym 3-4 razy biegam dwa razy dziennie. Pierwszy trening o świcie, o 5: 30, następny po powrocie z pracy. Nie potrafię jednoznacznie powiedzieć ile kilometrów dziennie pokonuję, bo każdy trening jest inny. Jednego dnia robię wolne długie wybieganie, podczas którego przebiegam 24-25 km. Na innym typie treningu pokonuje dystans np. 12 km podzielony na 12 lub 6 odcinków (po 1 lub 2 km każdy), które przebiegam na prędkościach, które osiągam na zawodach, zmuszając organizm do bardziej wytężonej pracy. Ogólnie w ciągu tygodnia robię ok. 80-100 km. W zależności od zawodów, do których się przygotowuję. Moim celem w przyszłości na pewno będzie dystans pełnego maratonu (42 km i 195 m). Wtedy zwiększę kilometraż do ok. 140-150 km tygodniowo. Moim marzeniem jest wystartowanie na dużej imprezie właśnie na tym dystansie. Obecnie wyznaczniki na Mistrzostwa Europy nie są wysokie, być może przy dobrych przygotowaniach nawet osiągalne. Ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Za kilka tygodni zostaniesz ojcem, jak widzisz siebie w tej roli?

Wierzę w siebie, sport wyostrzył mi charakter i nauczył cierpliwości. Dzięki tym cechom będę dobrym ojcem. Na pewno przybędzie mi obowiązków, będzie ciężko przynajmniej na początku pogodzić treningi z pracą i życiem rodzinnym. Ale dam radę. Trenerzy mi mówili, żeby nigdy nie odpuszczać.

Czy chciałbyś, by Twój syn został zawodowym sportowcem?

To chyba marzenie każdego ojca. Byłoby mi bardzo miło, gdyby mój syn został sportowcem, ale to będzie jego wybór. Na pewno nie będę wywierał na niego nacisku. Niech robi to, co chce, najważniejsze, żeby był szczęśliwy i nie robił nic z przymusu. To ma być pasja, a nie obowiązek.

Łukasz Górnik ma 33 lata, a od 5 mieszka i pracuje w Italii. Zakochał się w języku włoskim wiele lat temu, a śpiewając po włosku jest w stanie przekazać wszystkie swoje uczucia. Pod koniec 2013 roku nagrał teledysk do swojej piosenki „Voglia di sparire”, mówiącej o nieszczęśliwej miłości. Młody artysta liczy na to, że już w niedługiej przyszłości będzie mógł żyć z muzyki...

Łukasz Górnik / foto: archiwum prywatneOd ilu lat mieszkasz we Włoszech i jaki był powód Twojego przyjazdu tutaj?
W tym roku mija dokładnie 5 lat. Pamiętam jakby to było wczoraj. Walizka pełna ubrań i książek, nowe miejsce, nowi ludzie, nowy język, nowe wyzwania. W trakcie studiowania filologii włoskiej koleżanka zapytała mnie, czy nie chcę wyjechać w przerwie letniej na dwa miesiące do Włoch do pracy i przy okazji podszkolić język. Zgodziłem się natychmiast. Dość miałem uczenia się w domu słówek i gramatyki, a praca była pewna, z zakwaterowaniem i wyżywieniem. Chciałem się sprawdzić, zacząć rozmawiać, a przede wszystkim udowodnić sobie i bliskim, że nauka języka nie wiąże się tylko z zarezerwowaniem hotelu, czy kupienia drinka w barze, ale przede wszystkim, że można nim władać biegle tak jak swoim rodzimym językiem. I udało się.  Mówię biegle w języku włoskim. Tutaj mieszkam i pracuję, a muzyka wypełnia tutaj naprawdę dużą część mojego życia.

Skąd pochodzisz z Polski?
Pochodzę z Sosnowca, ale często mówię, że jestem z Czarnej Góry (miejscowości położonej nieopodal Białki Tatrzańkiej - między Zakopanem a Nowym Targiem). Mój tata jest rodowitym góralem. W Czarnej Górze mamy swój dom i odkąd pamietam  spędzamy tam każde wolne chwile, wakacje czy ferie, a nawet weekendy, by doładować akumulatory.

Od kiedy zacząłeś śpiewać? Jak narodziła się ta pasja?
Śpiewam od zawsze. Jak to mówią moi bracia, krzyczę, wyję i dre się od małego. Tyle dałem "płaczliwych koncertów", że nie da się ich policzyć na palcach u jednej ręki. Od kiedy mieszkam we Włoszech nie rozstaję się z notatnikiem. Opisuję, co widzę i przeżywam. Zapisuję wszystkie swoje myśli po włosku, chwile smutku i radości, problemy z jakimi czasem przyjdzie mi sią borykać, swoje pragnienia, rozterki czy rozczarownia.

Czy uczęszczasz na lekcje śpiewu?
W dzieciństwie ukończyłem szkołę muzyczną im. Jana Kiepury w Sosnowcu w klasie fortepianu i uczęszczałem również na lekcje śpiewu. Bardzo mile wspominam ten czas. Teraz znowu uczęszczam na takie lekcje. Czasem jest naprawdę zabawnie.

Niedawno ukazał się teledysk do Twojej nowej piosenki „Voglia di sparire”, nakręcony przez firmę Creative w Polsce. Opowiedz o jego realizacji.
To niezwykłe uczucie nagrać teledysk do piosenki, której jest się autorem - zarówno  tekstu i muzyki. Utwór powstał w bardzo trudnym okresie mojego życia, stąd "Voglia di sparire". Tak to już jest z nieszczęśliwą miłością. Czasem naprawdę potrafi zatrzymać czas, góry przenosić ale czasem i zranić, zaboleć czy skrzywdzić. Teledysk kręciliśmy w Polsce w Katowicach i w Chorzowie. Nie mieliśmy szczęścia cieszyć się piękną słoneczną pogodą. Pamiętam było bardzo zimno. Okropny wiatr sprawiał, iż odczuwalna temperatura była dużo niższa. Sypało też śniegiem, a my z Pauliną Bałazy (modelką) musieliśmy spacerować ulicami w największy mróz. Przyznam, że po kilku dniach od realizacji dopadła mnie grypa. Mimo, że aura nam nie sprzyjała, sprzyjała jak najbardziej teledyskowi, albowiem piosenka, do której był nagrywany videoclip jest piosenką o nieszcześliwej miłości.


Jesteś autorem wszystkich tekstów twoich kompozycji?
Tak, jestem autorem tekstu i muzyki do wszystkich moich kompozycji. Proces powstawania moich piosenek jest przeróżny. Czasem, gdy zrodzi się w głowie jakaś melodia, zazwyczaj nagrywam ją na dyktafon, ale zdarza się też i tak, że gdy przychodzi wena twórcza potrafię nie spać całą noc, piję kawę za kawą i nucę mały kawałek melodii bez końca, dodając do niej jakieś słowa. Muzyka wypełnia mój pokój po brzegi. Czasem  jednak brak mi pomysłów, mam przysłowiową pustkę w głowie. Natchnienie pryska jak bańka mydlana, rozmywa się i gdzieś ulatuje i wiem, że już nic nie wymyślę, ale zawsze wraca z nadejściem następnego dnia. Mam szczęście.

Dlaczego zdecydowałeś się śpiewać po włosku?
Bardzo lubię język włoski. Pamiętam mój pierwszy przyjazd do Włoch. Gdzieś w radiu na plaży usłyszałem "Vivimi",  jedną z piosenek Laury Pausini i zakochałem się. Wśród pamiątek z podróży, musiała znaleźć się płyta tej artyski. By zrozumieć o czym śpiewa, zacząłem tłumaczyć teksty jej piosenek,a potem wszystkie jej płyty. Kupowałem wiele książek, wiele rozmówek i słowników. Z kolejnych podróży przywoziłem nowe wspomnienia i nowe płyty. I tak zacząłem śpiewać po włosku, aż w końcu zakochałem się po uszy w tej muzyce i w tym kraju.


Jak określiłbyś styl muzyczny, który najlepiej Cię reprezentuje?
Całe moje życie skupione jest przede wszystkim na jednej artystce - Natalii Kukulskiej. Jej muzyka mnie ukształtowała i zawsze do mnie powraca. Jej talent jest naprawdę ogromny. To nią inspirują się artyści. Również i ja. Będąc na początku mojej drogi muzycznej chyba pop jest takim stylem muzycznym, w którym czuję się najlepiej i bezpiecznie. Moje piosenki są bardzo melodyjne i bardzo osobiste. Pokazują jakiś uchwycony moment mojego życia.

Czy swoją przyszłość wiążesz z karierą muzyczną?
Bardzo bym chciał. Z dnia na dzień nabieram coraz więcej doświadczeń, tych muzycznych, jak i życiowych. Zaczynam małymi kroczkami z pokorą i cierpliwością. Ja kocham śpiewać, kocham komponować, kocham pisać. Na pewno znów dam o sobie znać. W maju ukarze się kolejny teledysk do jednej z moich autorskich piosenek. Uważam, że w życiu można osiągnąć wszystko, każdy cel, dzięki najbliższym, których się kocha i oczywiście silnej wierze.

Kim jest Łukasz Górnik prytwanie?
Jestem poukładanym i raczej spokojnym człowiekiem. Zazwyczaj mam wiele trudności nawiązywania kontaktów z ludźmi. Lubię być sam, lubię spokój i ciszę. Czasem zdarza mi się być wybuchowym, ale umiem kontrolować te stany. Gdy przeżywam chwilę słabości, czy wzlotu, staram się zachować dystans do siebie samego. Lubię czasem usiąść w kącie z kubkiem gorącej kawy, smakować chwile, słuchać muzyki i delektowac się drobiazgami. Potrafię cieszyć się życiem. Nie lubię pędzić za czymś w tym zwarjowanym świecie. Lubię się zatrzymać w tym pędzie i iść sobie swoim tempem. Lubię przyglądać się życiu.
rozmawiała Anna Malczewska

W tym roku, po raz pierwszy w historii włoskiego boksu, dzięki zmianom w regulaminie tutejszej Federacji Boksu, zawodnicy nieposiadający włoskiego obywatelstwa, którzy na stałe mieszkają we Włoszech, mogli wziąć udział w Mistrzostwach Włoch. Dorota Kusiak – reprezentująca klub Costantino Boxe z Ferrarynie mogła przegapić nadarzającej się okazji i tak, 13 lipca w Rzymie (Ostia), podczas Mistrzostw Włoch seniorek (Elite) młodziutka zawodniczka zdobyła złoty medal w kategorii piórkowej (57 kg).  Z polską Mistrzynią Włoch w boksie rozmawia Anna Malczewska.

Dorota z Pino Costantino / foto arch. prywatne

Gratulacje. Złoto na Mistrzostwach Włoch to wielki wyczyn, tym bardziej, że po raz pierwszy mogłaś wziąć w nich udział.

Dziękuję. Tak, to była moja pierwsza przygoda na Mistrzostwach Włoch, bo dopiero w tym roku tutejsza Federacja (Federazione Pugilistica Italiana), zmieniając regulamin dopuściła do zawodów obywateli obcych krajów, którzy na stałe mieszkają w Italii. Poziom zawodów był wysoki, a to dzięki temu, że w ostatnich latach boks kobiet bardzo szybko się rozwija. Ja startowałam w kategorii 57 kg, w której były też: Sara Elisa Iuculano - trenowana przez wielokrotnego Mistrza Świata, Alessandro Duran w Ferrarze; Marzia Verrecchia - dwukrotna Mistrzyni Włoch 57 kg i zawodniczka kadry narodowej Italii; Althea Ciminiello - Mistrzyni Włoch 54 kg, która wróciła na ring po kilkuletniej przerwie; Francesca Pietrolungo – obecna od kilku lat w finałowych walkach w najważniejszych turniejach i zawodach narodowych. Poza tym: Nicole Perona, Diana Venditti, Vissia Trovato.

W walce o medal musiałaś wygrać trzy pojedynki. Czy była to ostra walka?

Pierwszego dnia wygrałam 3:0 z Nicolą Perona, zawodniczką której nie znałam i z którą było mi ciężko boksować, a drugiego w półfinale z Francescą Pietrolungo 3:0 - moją finałową przeciwniczką ze Złotej Rękawicy, która pierwszego dnia pokonała Elisę Iuculano. Walkę z Pietrolungo uważam chyba za najlepszą w mojej karierze, pomimo tego żejuż w pierwszej rundzie zostałam przez nią uderzona głową w nos, przez co sędzia mnie liczył, ale poza tym incydentem przez cała walkę dominowałam zarówno w ataku, jak i w defensywie. Finałową walkę, bardzo intensywną i wyrównaną, stoczyłam z Marzią Verrecchia i wygralam 2:1.

Pomimo wygranej, nie możesz reprezentować Włoch na arenie międzynarodowej.

Wygrywając te zawody zostałam pierwszą zawodniczką w historii włoskiego boksu, która zdobyła tytuł Mistrzyni Włoch nie posiadając obywatelstwa włoskiego! Niestety nie mogę reprezentować Italii na arenie międzynarodowej, ponieważ nie posiadam do tej pory obywatelstwa włoskiego.

foto: arch. prywatne Doroty Kusiak

Jesteś dwukrotną brązową medalistką Mistrzostw Polski, tegoroczną złotą medalistką Akademickich Mistrzostw Włoch. W tym roku wygrałaś także Złotą Rękawicę. Odnosisz ostatnio same sukcesy.

Boks jest moją pasją. Spędzam na ringu większą część czasu. Niestety nie jestem zawodniczką zawodową i nie mogę się mojej pasji w pełni poświęcić. Niedawno skończyłam studia na wydziale rehabilitacji psychiatrycznej, a teraz studiuję pedagogikę dla uczniów z niepełnosprawnością sensoryczną. Pracuję jako nauczycielka w przedszkolu, dlatego też, jak sama widzisz, czasu na boks nie mam za dużo. Ale, jak tylko mogę, idę na treningi i daje z siebie wszystko na zawodach.

Mieszkasz w Ferrarze od 10 lat. Tutaj poznałaś swojego męża – Pino Costantino, który jest Twoim trenerem. W sierpniu minie wasza pierwsza rocznica ślubu. Jak wygląda taka miłość na ringu?

(Śmiech) Nie istnieje miłość na ringu. Podczas treningów jestem zawodniczką i jestem traktowana tak, jak wszyscy inni. Nie jestem z tego powodu faworyzowana. 

Jadwiga Zawlińska mieszka we Włoszech (w Casercie) zaledwie od kilku miesięcy. Zderzenie z nową rzeczywistością – czasami ciekawą, dziwną, piękną, a czasami okrutną – sprawiła, że młoda Polka postanowiła założyć blog Włochy by Obserwatore.eu, na którym oprócz uroków południowej Italii opisuje blaski i cienie życia w tej części kraju.

Jadwiga Zawlińska / foto: archiwum prywatneOd kiedy i z jakiego powodu zamieszkałaś we Włoszech?

We Włoszech mieszkam od ponad pół roku. Choć tak naprawdę, można powiedzieć, że jedną nogą jestem w Krakowie (skąd pochodzę i gdzie zawsze mieszkałam) a drugą we Włoszech. A dokładnie Casercie koło Neapolu czyli Włoszech Południowych. Cały czas jednak krążę pomiędzy Polską, Włochami Północnymi i Południem: częściowo również przez interesy, które nadal trzymają mnie w Polsce.

We Włoszech mieszkam z moim partnerem – zarówno życiowym jaki i biznesowym. Taka była przyczyna mojej, nie ukrywam, że ciężkiej decyzji. Decyzji podjętej po latach konsekwentnego rozwoju mojej ścieżki zawodowej w Polsce, mając świetną pracę, najlepszy na świecie dom rodzinny, ustabilizowane życie, wygodne mieszkanie a dodatkowo góry i Kraków – czyli miejsca, które kocham.

Opowiedz proszę jak wygląda spotkanie dwóch kultur „pod jednym dachem”.

Dopóki się mieszka wśród osób, które myślą w podobny sposób, ponieważ wyrośli w podobnym kręgu kulturowym większość rzeczy wydaje się być oczywiste. Zmiana otoczenia prowokuje co najmniej zaskakujące sytuacje – dla obu stron. Dlatego na blogu w zakładce o mnie napisałam, że „dwunarodowy dom to dwie małe stabilizacje wytrącone ze swoich utartych ścieżek”. Tak jak dla mnie nie jest oczywiste, że zamiast zupy na pierwsze danie podaje się makaron (codziennie!), tak dla Włocha jest zaskakujące, że makaron chcę popijać gorącą herbatą (zawsze to samo pytanie: źle się czujesz?). Kiedy w Polsce po 20: 00 raczej się już nie dzwoni do znajomych (mogą dzieci spać…) i powoli przymierza się do spania, na południu po 21: 00 zakwita życie - wychodzi się na kolację, spacer, do znajomych. Z dziećmi.

Całkiem inna jest również mentalność – Włosi są bardziej ekspresyjni, głośni, pewni siebie i przebojowi. Cały czas są w ruchu, w grupie, cały czas coś się dzieje, ktoś przyjeżdża, krzyczy, dzwoni… Na początku byłam kompletnie wybita z rytmu – w tym kołowrotku trudno się skupić, a czasem praca tego wymaga. I nikt mi nie odpowiadał na dzień dobry: nawet nie przez złośliwość, po prostu nikt nie słyszał bo mówiłam za cicho. Dziś już wiem, że należy z rozmachem otworzyć drzwi już z ulicy krzycząc „buongiorno”! Każdy odpowiada.

Nie zawsze jednak to ja się naginam idąc na kompromis i głośno mówię, kiedy z czymś nie zgadzam się. Dlatego przez niektórych jestem uważana za niepokorną. Jednak dla mnie spotkanie dwóch kultur to nie powinno być narzucenie swoich przyzwyczajeń i sposobu myślenia drugiej osobie, ale szkoła wspólnego tworzenia, świadomego wyboru i obiektywnego myślenia, a wreszcie kompromisu.

W jaki sposób postrzegasz Włochów, szczególnie tych z Południa?

Południowi Włosi są bardzo rodzinni i praktycznie życie społeczne oznacza życie w kręgu rodziny. Lubią wspólnie biesiadować, spokojnie spędzać czas. Choć na pewno nie potwierdzę ogólnie panującego przekonania, że są leniwi. Z uwagi na firmę obracam się w środowisku restauracji, pizzerii, agroturystyk i tego typu struktur i wiem, że pracuje się od rana do nocy. Może to kwestia środowiska - to są ludzie aktywni, właściciele firm, którzy chcą rozwijać się w życiu.

Natomiast trzeba też zdawać sobie sprawę, że południe boryka się z naprawdę poważnymi problemami: bezrobocie, bardzo niskie stawki zarobków, niski poziom wykształcenia, jedno źródło przychodów poprzez utrwalony model rodziny, gdzie pracuje tylko mężczyzna, a kobieta prowadzi dom (w dowodzie ma wbite pani domu jako zawód!). Dodatkowo sporo jest pracowników napływowych (z Maroka, Albanii), przez których stawki w niektórych zawodach obniżyły się nawet o połowę (!).

Niestety jest to również region o wysokiej przestępczości. Camorra, można powiedzieć, to subkultura. Kilka dni temu, 16 maja, obchodzona była rocznica zabójstwa ojca mojej znajomej Włoszki - przedsiębiorcy, który w 2001r odmówił płacenia haraczy do Camorry. W 2008r. został zastrzelony. Ta rocznica skłoniła mnie do napisania postu o organizacjach mafijnych – Mafia, Camorra, ‘Ndragheta – ciemna strona Włoch, który można przeczytać na moim blogu www.obserwatore.eu.

Przed przeprowadzką do Włoch dużo podróżowałaś. Te wyjazdy stały się Twoim sposobem na życie. Opowiedz o Twojej pasji.

Tak, od zawsze byłam „w ruchu”. Przez wiele lat pracowałam jako przewodnik górski i pilot wycieczek jeżdżąc praktycznie po całej Europie. Później stopniowo ukierunkowałam się na import i produkcję. Jako kupiec, później product manager w największych firmach odzieżowych w Polsce miałam możliwość regularnego podróżowania po Azji i Europie. Zawsze podczas wyjazdów służbowych starałam się, w miarę wolnego czasu, zobaczyć miejsca. Nieważne czy to była bliska Warszawa albo Berlin, czy odległe Shanghaj, albo Hong Kong. Pamiętam, że na targach w Dubaju, z braku wolnego czasu, poprosiliśmy taksówkarza o pokazanie nam najważniejszych miejsc. Mieliśmy zatem prywatną wycieczkę (a, że taksówki kosztują tam grosze…). W wyjazdach prywatnych starałam się natomiast dotrzeć do miejsc poza szlakami biznesowymi – Malezja, Indonezja, Turcja, Syria…

Natomiast mój pierwszy kontakt z Neapolem nie był szczególnie miły. Jak zwykle, po spotkaniu biznesowym, wieczorem wybrałam się na spacer – zobaczyć morze. Po kilkuset metrach musiałam zawrócić, ponieważ nie mogłam odgonić się od przyczepiających się mężczyzn, którzy zagadywali mnie w ich dialekcie i nie dali się odpędzić. Po prostu się wystraszyłam - poczułam się jak w południowo-wschodniej (nieturystycznej) Syrii, gdzie, jeśli tylko nie było obok któregoś kolegi, zaczepiali mnie i chcieli dotykać pomimo zakrytych włosów, rąk i nóg. Na następny dzień poprosiłam dostawcę, czy może mi towarzyszyć podczas kolacji bo boję się sama wyjść. Pierwszy i ostatni raz w mojej karierze biznesowej. Okazuje się, że po włóczeniu się po azjatyckich, zacofanych krajach – również sama – wracam do Europy i ... „hello! my friend!”.

Od 2 miesięcy zaczęłaś prowadzić blog Włochy by Obserwatore.eu, którego głównym celem jest przybliżenie czytelnikom południowych Włoch i to nie tylko z turystycznego punktu widzenia. Opowiedz więcej o zamierzeniach stworzenia bloga i czym w Twoim zamyśle ma być.

Pomysł na prowadzenie bloga powstał około 3 miesiące temu po spędzonych kilku miesiącach we Włoszech. To jest pewnego rodzaju sposób na wyrażenie tego wszystkiego co odkrywam na miejscu - jest dla mnie nowe, dziwne, ciekawe, piękne… A, że już wcześniej wielokrotnie podróżowałam do Włoch, miałam możliwość poznania wielu miejsc, ludzi, wiele ciekawych opowieści.

Blogowanie jest dla mnie całkowicie nową dziedziną i uczę się wszystkiego od zera, metodą prób i błędów. Każdy tydzień przynosi nowe pomysły. Myślę, że za kilka tygodni będę mogła odpowiedzieć konkretniej o zamierzeniach na kolejne lata.

Blog, jak zauważyłaś, nie jest jedynie turystyczny. Choć chętnie dzielę się również wiedzą o miejscach, które zobaczyłam i które mnie oczarowały. Najważniejsze dla mnie jest przekazywanie rzetelnych informacji. Dlatego piszę o miejscach, gdzie byłam, w artykułach często sięgam do wiadomości z pierwszej ręki, albo źródeł - często włoskich lub angielskich.

Czym zajmujesz się oprócz pisania bloga?

Jak pisałam wyżej prowadzimy wraz z moim partnerem firmę. Jest ona stosunkowo „świeża”. Po okresie rozwoju, pozyskiwania klientów, inwestowaniu w rozwój szkoda było ją porzucać.  To była również główna przyczyna decyzji o przeniesieniu się do Włoch. Choć osobiście preferowałabym zamieszkanie w Krakowie. Może w przyszłości. Oczywiście chcę też podtrzymywać kontakty w branży odzieżowej i korzystać z możliwości jakie daje rynek włoski – w końcu moda włoska jest znana i ceniona na całym świecie!

Dziękuję bardzo za rozmowę.

rozmawiała Anna Malczewska

Gosia Andrzejewicz / foto: Andrzej KubikPo kilku latach ciszy, polska piosenkarka z Bielsko Białej, zdobywczyni dwóch złotych płyt, Gosia Andrzejewicz, powraca nie tyle na rodzimy, co na zagraniczny rynek. Po udanej współpracy z Dr Albanem, szwedzko-nigeryjskim raperem znanym na świecie z hitu It’s my life oraz po sukcesach w Szwajcarii, Gosia w roku 2014 stawia na Półwysep Apeniński. Artystka mówi biegle po włosku oraz angielsku i już wkrotce można ją będzie zobaczyć w kolejnej muzycznej współpracy z tajemniczą jak dotąd włoską gwiazdą estrady. Dla Naszego Świata Andrzejewicz opowiada telefonicznie o swojej karierze, sukcesach, nowej płycie i marzeniach na obecny rok oraz wyjawia całą prawdę o swoim wojowniczym charakterze i jazzowych korzeniach.

Gosiu, z Włochami łączy cię ciepły i długoletni już związek. Twój talent został przecież odkryty we Florencji przez kompozytora Goffredo Orlandi. Opowiedz nam coś więcej o tym niesamowitym spotkaniu.

To prawda nasze spotkanie było naprawdę niezwykłe. Moja fascynacja językiem włoskim sprawiła, że postanowiłam udać się do Włoch. Bardzo chciałam poznać ten kraj, ludzi,  sprawdzić czy mój włoski pozwala mi na swobodną rozmowę. Byłam wtedy w przedostatniej klasie liceum. Pewnego dnia, kiedy wędrowałam ulicami, moją uwagę przykuł biały fortepian wyeksponowany w witrynie sklepu muzycznego. Usiadłam przed nim i po chwili wahania, delikatnie – tak, aby nikomu nie przeszkadzać- zaczęłam grać, jednocześnie śpiewając jedną z moich pierwszych piosenek. Wtedy właśnie zwrócił na mnie uwagę pewien człowiek. Podszedł do mnie i rozpoczął rozmowę. Był to właśnie Goffredo Orlandi. 

Do tej pory wydałaś w Polsce sześć płyt. Z której jesteś najbardziej dumna? Jaka piosenka przyniosła ci największy rozgłos?

„Pozwól żyć” jest piosenką  najbardziej kojarzoną z moją osobą. Utwór ten cały czas bardzo dobrze jest przyjmowany na moich koncertach. Ulubiona płyta? Kiedy myślę o moich wszystkich albumach to z każdym z nich wiążę różne wspomnienia. Odzwierciedlają one w jakimś stopniu pewne etapy mojego życia. Gdybym jednak miała się pokusić o wytypowanie albumu, z którego jestem szczególnie dumna to mój wybór padłby na „Wojowniczkę”. Album  ten zwiera kilka szczególnych dla mnie piosenek, poza tym bliska jest mi również płyta „Gosia Andrzejewicz Plus”, na której znajduje się piosenka „Pozwól Żyć”. Mam do tego albumu sentyment, był to również pierwszy album wydany przez wytwórnię.

Jak podsumowałabyś swoją muzyczną karierę w kraju?

Mam na swoim koncie kilka złotych płyt. Otrzymałam również nagrody liczące się w polskim przemyśle muzyczny. Mogę tutaj przykładowo wymienić: Radiowy Debiut Roku (nagroda przyznawana przez jedną z największych polski radiostacji), dwie Superjedynki (nagrody zdobyte na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu – jest to festiwal organizowany do 1963 roku), VIVA Comet (nagroda przyznana przez stację VIVA),  Mikrofon Popcornu w kategorii „Wokalista Roku“ (nagroda przyznana przez magazyn Popcorn), nominację do Fryderyka (nagród przyznawanych przez Akademię Fonograficzną). Ponadto mam wspaniałych fanów! Bardzo mnie wspierają! Prowadzą blogi oraz autoryzowane fancluby, wspierają mnie w plebiscytach, konkursach. Muszę w tym miejscu koniecznie wspomnieć również o tym, że przysyłają mi przepiękne prezenty, z czego spora część jest ich własnoręcznym dziełem. W miarę możliwości kilka razy w roku udostępniam numer telefonu, pod którym jestem dostępna, w tym czasie każdy może ze mną porozmawiać.  Natomiast zawsze po koncertach zostaję jeszcze godzinę lub dwie, tak, aby wszystkie osoby, którym zależało na  wspólnym zdjęciu, autografie, czy też krótkiej rozmowie, miały taką możliwość.

Współpraca z zagranicznymi artystami na pewno mobilizuje, dodaje energii i… zmienia. Jak na ciebie wpłynęła współpraca z Dr Albanem,  Rikym Bryanem czy Dj-em Remo? Jak je wspominasz?

To prawda, tego typu współpraca na pewno bardzo inspiruje oraz pozwala spojrzeć na pewne zagadnienia z zupełnie innej perspektywy. Praca z Dr Albanem była dla mnie niezwykłym przeżyciem. Kiedy byłam małą dziewczynką jego piosenki górowały na listach przebojów. Gdyby w tamtym czasie ktoś powiedział mi, że w przyszłości wspólnie coś nagramy to nie uwierzyłabym mu. Sama współpraca była dla mnie z jednej strony dużym wyróżnieniem, z drugiej natomiast sporym wyzwaniem. Dr Alban to człowiek pełen pozytywnej energii, pomysłów, i optymistycznego nastawienia do życia. Podczas nagrań miałam również okazję poznać Andersa Nymana (członka grupy Guru Josh Project - autorzy słynnego hitu "Infinity"), który to był producentem naszej wspólnej piosenki. Z Rikym Bryanem stworzyłam romantyczną balladę „Don't Be Scared”. Myślę, że Riky jest młodym zdolnym wokalistą, który może jeszcze sporo osiągnąć. Natomiast z Dj-em Remo nagrałam kilka wspólnych piosenek, które trafiły później na jego album, bardzo miło wspominam tę współpracą, a sam Dj Remo jest pozytywną i zakręconą osobą. Gdybym miała wybrać naszą najlepszą wspólną piosenkę postawiłabym na bardzo fajny taneczny kawałek „You Can Dance”. 

Ogłosiłaś też w wakacje na swoim profilu facebook konkurs dla raperów, którego zwycięzcą został artysta NatStar. Skąd pomysł na rap?

To był wspólny pomysł, mój oraz mojego producenta St0ne'a. Zasady były bardzo proste, na bycie przygotowanym przez St0ne'a uczestnicy konkursy mieli zaprezentować siebie. Konkurs cieszył się sporym odzewem. Spośród nadesłanych propozycji, jedna szczególnie i wyraźnie przykuła moją uwagę. Autorem tej propozycji był właśnie NatStar. Ponieważ nagrodą w tym konkursie była możliwość nagrania wspólnego utworu rozpoczęliśmy nad nim pracę. Jej rezultatem była piosenka „Choose To Believe”, do której zrealizowany został również teledysk.

W Szwajcarii zakwalifikowałaś się do grupy 9 artystów reprezentujących ten kraj na Eurowizji. To nie twój pierwszy wkład w zagraniczne Eurowizje (Ukraina, Białoruś). Twoja autorska piosenka „I’m not afraid” spodobała się. Teraz trzymamy kciuki, aby to ona wygrała.

Bardzo mi miło, że zostałam doceniona za granicami Polski i dostałam szansę pokazania się szwajcarskiej publiczności. Wydawało mi się to rzeczą niemożliwą i nieosiągalną, rywalizowałam ze 150 wykonawcami ... a jednak się udało! Dzięki tej przygodzie zyskałam wielu fanów z zagranicy. W tym miejscu chciałam serdecznie podziękować wszystkim osobom, które oddały na mnie głosy!

Wiem, że nie możesz na razie zdradzić nam szczegółów twojej włoskiej współpracy, ale… czy możesz nam opisać z grubsza tego tajemniczego atystę?

Zdecydowanie tak! W tym momencie nie chciałabym zdradzać szczegółów, aby nie zapeszać. W każdym razie jego piosenki wywarły na mnie spore wrażenie, a jego samego natomiast cechuje szczególne podejściem do muzyki, do tego co robi, do tego w co wierzy. Mam tu na myśli szczerość jego przekazu oraz osobiste zaangażowanie w twórczość. Jest to wyczuwalne w każdej jego piosence i nadaje jego twórczości bardzo osobisty charakter.  

Gosiu, ze słodkiej, romantycznej wokalistki zmieniłaś się  w ostatnim polskim albumie w prawdziwą wojowniczkę. WGosia Andrzejewicz / foto: Andrzej Kubik piosence i albumie o tym tytule, jak wspomniałaś wyzej, twoim ulubionym,  śpiewasz: „Nigdy się nie poddam, wojowniczki dusze w sobie mam”. O co walczysz? Czy zawsze byłaś taka wojownicza?

Nawet w przedszkolu nie byłam grzeczną dziewczynką [śmiech]. Odkąd pamiętam zawsze byłam wojowniczką. Gdybym nie miała w sobie tych walecznych cech nie mogłabym uprawiać mojego zawodu. Zawsze byłam też romantyczką. Po prostu łączę w sobie wiele na pozór przeciwstawnych cech, które tworzą moją skomplikowaną osobowość. O co walczę? Odkąd sięgam pamięcią wstecz to myślę, że zawsze walczyłam przede wszystkim o marzenia. O to, aby moje myśli mogły nabrać materialnej formy i zaistnieć. Myślę, że każdy z nas powinien walczyć o swoje marzenie, bo jeśli my tego nie zrobimy, to raczej nikt inny za nas tego nie zrobi.

Mało kto wie, że jesteś również pianistką, masz jazzowe korzenie i piszesz swoje teksty. Osobiście nie mogę się doczekać, żeby cie usłyszeć w jakiejś pięknej balladzie na fortepianie w stylu Alicii Keys.

Pisanie tekstów oraz komponowanie piosenek zajmuje w moim życiu bardzo ważne miejsce. Trudno jest mi wyobrazić sobie sytuację, w której z jakiegoś powodu nie mogłabym tego robić. Myślę, że właśnie dlatego moje piosenki są mi takie bliskie. Staram się zawrzeć w nich jak najwięcej emocji, pewnych wewnętrznych przemyśleń, tego wszystkiego, czym chcę się podzielić ze słuchaczami. Romantyczna ballada … fortepian … brzmi to dla mnie wyjątkowo intrygująco. Bardzo chciałabym zaśpiewać właśnie taką piosenkę na festiwalu w Sanremo.

W tym momencie pracujesz nad nową płytą. Co to będzie? Pozostaniesz przy swoim stylu pop-dance, czy może zaskoczysz fanów czymś nowym?

Obecnie prace nad moją płytą powoli zbliżają się ku końcowi. Materiał, który na niej się znajdzie, powstawał na przestrzeni kilku lat. W wypadku tego albumu postanowiłam dać sobie znacznie więcej czasu, nie chciałam wytyczać jakiś ścisłych terminowych granic, chciałam po prostu skupić się tylko i wyłącznie na piosenkach. Myślę, że będzie to mój najdojrzalszy album, zdecydowanie bardziej zróżnicowany stylistycznie niż poprzednie.  Znajdą się na nim piosenki utrzymane w stylistyce klubowej, ballady oraz utwory utrzymane w popowych klimatach. Do współpracy nad tą płytą zaprosiłam wielu artystów i producentów z różnych części świata, w tym Deana Kealina - nauczyciela Michaela Jacksona. Dean pokazał mi jak w pełni mogę wykorzystać mojej możliwości wokalne. Myślę, że odmienność kulturowa osób zaangażowanych w tą płytę oraz warunki w jakich powstawały utwory, w moim odczuciu nadają jej szczególny charakter.

rozmawiała Joanna Longawa