Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
01
Pn, marzec

Po sześciu latach, polski bezdomny przyznaje się do podwójnego zabójstwa, do którego doszło w sierpniu 2004 roku w Prato.

Wydawało się, że sprawa śmierci 2 osób, sprzed sześciu lat, nie zostanie nigdy wyjaśniona. Tymczasem z Polski nadeszły kilka dni temu informacje, dzięki którym będzie można prawdopodobnie rozwiązać sprawę ww. morderstw, do których doszło pomiędzy 15 a 18 sierpnia 2004 roku.

Ciało 41-letniej Antonelli Bruni odnaleziono na dnie rzeki Bisenzio, natomiast 48-letniego Esposito w fontannie na piazza San Piccolo w Prato.
25-letni seryjny morderca przebywa od kilku miesięcy w polskim więzieniu za popełnienie innych morderstw. Podczas jednej z rozmów ze śledczym, Polak przyznał się także do zabójstwa, do którego doszło w Prato. 

Włoska policja sprawdziła do tej pory, że w sierpniu 2004, Polak jadał oraz sypiał w jednym z przytułków dla bezdomnych.
Zarówno Polak, Antonella oraz Antonio byli bezdomnymi. Z zeznań mordercy wynika, że powodem zabicia były ciągłe kłótnie i wybuchowe zachowanie podejrzanego.

7 sierpnia w Pompejach odnaleziono ciało Roberta Piotrowicza. Powodem śmierci było zatrzymanie akcji serca.

Przez prawie tydzień ciało 52.letniego Roberta Piotrowicza leżało w jego mieszkaniu w Pompejach przy viale Mazzini. Dopiero kiedy sąsiedzi mężczyzny poczuli nieprzyjemny zapach, powiadomili straż pożarną, która sforsowała drzwi wejściowe oraz miejscową policję. Funkcjonariusze z komisariatu na via Sacra znaleźli ciało Polka w zaawansowanym stanie rozkładu. Powodem fatalnego stanu zwłok mogła być wysoka temperatura, która znacznie przyspieszyła proces rozpadu tkanek organicznych.

Według orzeczenia lekarza sądowego, śmierć nastąpiła na skutek zatrzymania akcji serca. Zwłoki zidentyfiokowała znajoma Roberta Piotrowicza, która mieszka niedaleko Pompei, w Scafati.
Ciało zostało przewiezione do kostnicy cmentarza w Castellammare di Stabia i będzie tam trzymane w oczekiwaniu na przyjazd  żony zmarłego do Włoch, która ma przewieźć zwłoki do Polski.
 - Polacy tu mieszkający zorganizowali zbiórkę pieniędzy na przewóz ciała do kraju – mówi Elźbieta, znajoma ze Scafati – nadal jednak brakuje pieniędzy.

Pani Elźbieta prosi o pomoc wszystkich Polaków dobrej woli, którzy chcą włączyć  się do akcji o kontakt pod numer 334 15 83 527.

Ze wstępnego dochodzenia, policja uznała, że Polak popełnił samobójstwo, ponieważ obok zwłok znaleziono list, który wydawał się pożegnaniem. W rzeczywistości, słowa zawarte w nim, po przetłumaczeniu na język włoski, okazały się obserwacjami na temat polityki polskiej.

Robert P., pochodzący z Gdyni, pracował we Włoszech jako malarz, nie posiadał zbyt wielu przyjaciół i mieszkał samotnie. Zdaniem osób, które go znały, żyjąc z dala od domu śledził na bieżąco politykę kraju.
Anna Malczewska

Bohaterem niecodziennego zachowania był polski kierowca ciężarówki. Tylko dzięki szybkiej interwencji policji drogowej, mężczyzna jeszcze żyje.

Do zdarzenia doszło w ostatni weekend, kiedy to 43-letni Polak, kierowca samochodu ciężarowego został zatrzymany na autostradzie A15, ponieważ pomimo zakazu ruchu pojazdów ciężkich, postanowił nią jechać.
Funkcjonariusze wypisali mandat, ale kiedy podeszli do ciężarówki, by wręczyć go kierowcy, zobaczyli, że Polak próbuje powiesić się na linie owiniętej wokół kierownicy. Funkcjonariuszy rozpoczęli akcję ratowniczą, która okazała się nie lada wyczynem, polski kierowca miał prawie 2 metry wysokości i ważył ponad 150 kg.
Z powodu dalszego, dziwnego zachowania zatrzymanego, policjanci postanowili go zakuć w kajdanki i odwieźć do najbliższego szpitala.

Powiedziała serwisowi tvp.info żona polskiego kierowcy, którego nieznani sprawcy dotkliwie pobili i okradli pod Mediolanem. 55-letni Polak został uprowadzony, następnie porzucony kilka kilometrów od miejsca zdarzenia.
 
– Kierowca wiózł opony do magazynu w miejscowości Arese. Do rozładunku miało dojść w poniedziałek, jednak w nocy z soboty na niedzielę został napadnięty -  wyjaśnia Mirosław Stasiak, właściciel firmy spedycyjnej Miratrans, w której pracuje pobity mężczyzna.

Do zdarzenia doszło na parkingu, w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia. Nieznani do tej pory sprawcy pobili, związali i uprowadzili kierowcę. Po około 8 kilometrach ciągnik siodłowy został wypięty od naczepy i pozostawiony na pobliskim parkingu. Mężczyzna uwolnił się i szukał pomocy.

Jak zapewnił Stasiak, kierowca jest w lepszej formie.

Jak mówi żona kierowcy, długo czekał on na przyjazd policji. – Cieszymy się, że żyje... – mówi kobieta. Jest wdzięczna za natychmiastową pomoc, jaką okazała jej firma. Jej zdaniem, kradzieży mogła dokonać mafia.

Straty są na razie trudne do oszacowania. Wiadomo, że koszt naczepy to wydatek rzędu 25 tys. euro. Stasiak mówi, że to pierwszy taki wypadek w firmie. (maja)

Przygotowywali fałszywe dokumenty, aby uzyskać pieniądze w zamian za pozwolenie na pobyt dla 98 nielegalnych imigrantów.

Trzech Włochów, Polak i Marokanka działali w okolicach Mediolanu, Brescii i Werony. Zostali oni aresztowani przez karabinierów w Vobarno.
Szef grupy, 37 letni F.T., był już aresztowany za to samo przestępstwo w przeszłości (pomoc w nielegalnym wjeździe imigrantów). Mężczyzna, który w chwili aresztowania był w areszcie domowym, posiada jedno studio w Brescii, drugie w Mediolanie, przy Piazza Cadorna. Gdzie przyjeżdżali cudzoziemcy, Chińczycy i Marokańczycy, w celu oczekiwania na fałszywe dokumenty. Grupa przygotowywała wnioski o zezwolenia na pobyt w formie elektronicznej, w których było potwierdzane, że ich „klienci” mają mieszkanie i prace we Włoszech.

W zamian za nielegalnych imigrantów, którzy widnieli jako zatrudnieni (robotnicy, budowlańcy, opiekunowie) na Półwyspie Apenińskim, płacili grupie przestępczej kwotę od 2 do 4 tysięcy euro w przypadku Marokańczyków i od 2 do 6 tysięcy euro w przypadku Chińczyków. Kluczową rolę w organizacji przestępczej wykonywał Polak, który miał za zadanie zastraszanie tych, którzy nie płacili lub opóźniali wpłaty. Oprócz pięciu aresztowanych, z grupą współpracowało 12 innych osób, podejrzani pozostają na wolności. (red)

Od 1 maja 2004 roku Polska stała się państwem członkowskim Unii Europejskiej. 21 lipca 2006 Włochy zniosły wszelkie ograniczenia dla pracowników pochodzących z nowych krajów UE, w tym z Polski, likwidując tym samym wszelkie dotychczasowe kwoty wjazdowe. Od tego dnia, Polaków mieszkających na Półwyspie Apenińskim, zaczęto traktować jak obywateli Italii. Ale czy na pewno?

W kwietniu 2009 roku Katarzyna przyjechała do Mediolanu. Swoje pierwsze kroki skierowała do dzielnicowego USC, w celu załatwienia formalności meldunkowych. Po okazaniu dokumentów potrzebnych do „iscrizione anagrafica” tj. umowy o pracę, codice fiscale oraz cessione di fabbricato, urzędniczka oznajmiła Kasi, że w przeciągu kilku dni przyjdą do niej Vigili Urbani, by sprawdzić, czy aby na pewno dziewczyna tam mieszka.
Mijały dni, a funkcjonariusze nie przychodzili: „Przez pierwszy tydzień cały czas czekałam w domu o wyznaczonej porze, potem musiałam iść do pracy – wspomina Katarzyna – byłam przekonana, że jeżeli Vigili przyjdą, a mnie nie będzie w domu, wystarczy im fakt, że na domofonie jest moje nazwisko”.
Niestety okazało się, że to nie wystarczyło. Po kilku tygodniach młoda Polka otrzymała z Comune list polecony z potwierdzeniem odbioru, w którym oznajmiono jej, że według Vigili nie mieszka pod podanym adresem i w związku z tym jej prośba o zameldowanie zostaje odrzucona.

Nie myśląc długo, Kasia zdecydowała się na napisanie odwołania od tej decyzji, zaznaczając w nim godziny pracy i kiedy można zastać ją w domu: „Wysłałam list do Comune, gdzie napisałam kiedy dokładnie mogą przyjść, a tymczasem kilka dni po tym, znowu otrzymałam list z Comune, w którym napisano, że złożono mi kolejną wizytę i ponownie mnie nie zastali, więc według nich nie mieszkam pod podanym adresem – mówi dziewczyna - pod treścią listu widniała wiadomość, że mogę się odwołać od tej decyzji w Prefekturze”.
Wszyscy bardzo dobrze wiemy, że włoska biurokracja może bardzo uprzykrzyć życie, ale Kasia postanowiła walczyć z nią i już kilka dni po otrzymaniu drugiego listu z Comune, wysłała odwołanie do Prefektury, do którego dołączyła dokumenty, potwierdzające, że mieszka pod danym adresem. Po krótkim oczekiwaniu, dziewczyna otrzymała odpowiedź, do której Prefektura dołączyła kopię listu wysłanego do Comune, w którym prosiła o przesłanie dokumentacji wyjaśniającej, dlaczego nie chcą jej zameldować.

Po kolejnym oczekiwaniu dziewczyna odebrała list polecony z Prefektury, w którym napisano jej, że odrzucają wniosek o zameldowanie, bo z dalszych kontroli wynika, że nie mieszka pod wskazanym adresem: „Byłam wykończona, chciałam zrobić wszystko zgodnie z prawem, a tu taka niespodzianka – mówi - znowu miałam 10 dni na złożenie ewentualnych wyjaśnień. Nie rozumiałam jakich wyjaśnień jeszcze chcą ode mnie, tym bardziej, że do ostatniego listu dołączyłam kopię koperty listu z banku na którym widniało moje imię i nazwisko oraz adres zamieszkania”.

Po ponad pół roku Katarzyna znalazła się w punkcie wyjścia, miała je dwa, albo wysyłać ponowne odwołanie od decyzji, albo złożyć ponownie wniosek, tym bardziej, że nikt nie mógł jej odmówić przyjęcia nowego pisma o zameldowanie. Dziewczyna postanowiła ciągnąć sprawę do końca.
Jej kolejny list do Prefektury nie był już tak miły jak poprzedni. Kasia zdecydowała się na atak, według niej to była ostatnia szansa na rozwiązanie sprawy trwającej ponad 8 miesięcy: „Napisałam, że od momentu złożenia wniosku w kwietniu 2009 nie znalazłam nigdy w skrzynce pocztowej awizo o rzekomej wizycie funkcjonariuszy i że uważam za skandaliczny fakt, że strażnicy twierdzą, iż nie mieszkam pod podanym adresem, podczas gdy sami nigdy nie zostawili śladu swojej obecności. Zażądałam przeprowadzenia ponownej kontroli, tym razem zgodnie z prawem, w godzinach kiedy można zastać mnie w domu i postraszyłam ich, że jeżeli ta sprawa nie zostanie rozwiązana, nagłośnię ją w mediach, zawiadomię mojego adwokata oraz instytucje, które kontrolują tego typu przypadki”.
Dziewczyna nie myślała, że tym razem może przyjść pozytywna odpowiedź, ale po tygodniu, kiedy o 05.30 ktoś zapukał do jej drzwi nie mogła uwierzyć, że szczęście wreszcie się do niej uśmiechnęło. Przed drzwiami stało dwóch policjantów: „Byłam dumna, że wreszcie zmobilizowałam ich do pracy – wspomina Kasia – moja wielomiesięczna historia z meldunkiem wreszcie się zakończyła i myślę, że każdy powinien do końca wyjaśniać wszystkie sprawy”.

Anna Malczewska
*Imię oraz miejsce zamieszkania zostały zmienione

30 lipca w Manfredonii został zatrzymany 33-letni Polak, poszukiwany Europejskim Nakazem Aresztowania za niepłacenie alimentów rodzinie, którą pozostawił 5 lat temu w Polsce. W kraju groziła mu kara do 2 lat pozbawienia wolności.
A.J., na stałe mieszkający w miejscowości Cerignola, zatrudniony był w jednym z gospodarstw rolnych.
W chwili obecnej mężczyzna przebywa w więzieniu w Fogii. (mam)