Piątkowe popołudnie mieszkańcy Wiecznego Miasta i Lacjum będą pamiętać jeszcze przez wiele lat. Nieodśnieżone ulice, gigantyczne korki, stojące w szczerym polu przez kilkanaście godzin pociągi to bilans opadów śniegu w Rzymie.
- Pracuję w Rzymie, ale codziennie dojeżdżam tutaj pociągiem z Bracciano – mówi redakcji Mariola – W piątek wyszłam z pracy po godzinie 13.00 i po wielu trudach udało mi się wreszcie dojechać na stację kolejową. Dopiero tam okazało się, że pociągi w stronę Viterbo praktycznie nie kursują. Około godziny 18.00 podjechał wreszcie pociąg jadący do Cesano. Na stacji czekało ponad 200 osób, więc to cud, że udało mi się do niego wsiąść.
Niestety samo “złapanie” połączenia nie oznaczało dla Marioli i innych pasażerów, czekających przez kilka godzin na stacji, że dojadą do domu.
- Na każdej stacji staliśmy po kilkanaście minut, ponieważ ci, co chcieli wysiąść byli blokowani przez pasażerów, którzy napierali, by wejść do pociągu – kontynuuje Mariola – Potem zatrzymaliśmy się przez ponad godzinę na stacji La Storta, a po 22.00 po raz kolejny 2,5 km. od Cesano.
Pod Cesano okazało się, że pociąg nie pojedzie już dalej, ponieważ nie działała elektryczność.
- W pociągu, który jechał przed nami, po wielu godzinach siedzenia bez światła i ogrzewania, pasażerowie zdecydowali się wreszcie wyważyć drzwi i iść po torach w stronę stacji w Cesano – opowiada Mariola – Zdecydowali się wyjść z pociągu pomimo tego, że na zewnątrz hulała zawieja śnieżna.
To właśnie dzięki odważnym pasażerom, po kolejnej godzinie do pociągu, w którym uwieziona była Mariola, dotarli karabinierzy
- Kiedy dotarli do nas karabinierzy powiedzieli, że za kilka minut podjedzie lokomotywa, która dociągnie nas do stacji. Przemarznięci i głodni dotarliśmy do Cesano około godziny 01.00 w nocy.
Na stacji w Cesano oznajmiono podróżnym, że dalej nie pojedzie już żaden pociąg. Podróżni zostali pozostawieni na pastwę losu.
- Po kolejnej godzinie podjechali na stację żołnierze, którzy zabrali wszystkich pasażerów do najbliższej jednostki wojskowej. Tam dostaliśmy koce, wodę, jedzenie i czekaliśmy do nadejścia nowego dnia – wspomina Polka – około godziny 07.00 spisano nas i powiedziano, że pociągi nadal nie kursują, ale mają zostać niedługo podstawione autobusy, które będą rozwozić ludzi. Jedynym problemem jednak było to, że drogi nadal nie były przejezdne. Dopiero około 12.00, kiedy odśnieżono szosy, żołnierze powiadomili wszystkich, że autobusy nie mogą wyruszyć z powodu braku łańcuchów.
Tylko dzięki pomocy wojska, podróżnym udało się przeżyć.
- Nad ranem dostaliśmy kawę i tabliczkę czekolady, a w południe przygotowano dla nas obiad – kontynuuje Mariola – Po godzinie 13.00 zaczęto rozwozić nas jeepami. Dotarłam do domu po 26 godzinach. Jestem wdzięczna wojsku, bo inni umyli po prostu ręce. Koleje włoskie i cała reszta, która miała obowiązek zająć się nami zamknęli się w domach.
Anna Malczewska








