Z prawem na ty, czyli jak Deelaylah radzi sobie z włoskimi przepisami - Nasz Swiat
05
N, lipiec

Polacy we Włoszech

Pomimo tego, że mieszka w Italii od stosunkowo krótkiego czasu, udało się jej dobrze poznać włoską biurokrację.  Przed przeprowadzką do Rzymu nie zdawała sobie sprawy z drzemiącej w niej pasji do przepisów prawnych, teraz postanowiła podzielić się swoim doświadczeniem z Polakami żyjącymi na Półwyspie Apenińskim, twarząc blog Dee Oswaja Włochy. Z Deelaylah rozmawia Renata Rutowicz.



Kiedy i dlaczego przyjechałaś do Włoch?
Przyjechałam do Rzymu w 2005 roku, zaraz po obronie pracy magisterskiej – chciałam odpocząć, spędzić miesiąc, dwa z moim ówczesnym chłopakiem (obecnie mężem) i nabrać energii do poszukiwania pracy w Polsce. Pozostanie we Włoszech w ogóle nie wchodziło w rachubę – nie dlatego, że nie chciałam, ale nie miałam tego w planach i po prostu o tym nie myślałam.

A jednak zatrzymałaś się tutaj.
Tak się jednak złożyło, że firma, w której pracował mój partner na gwałt poszukiwała pracownika, więc po krótkiej naradzie stwierdziliśmy, że rozmowa z jego szefem nic nie kosztuje. Dzień później zadzwoniłam do mamy z prośbą, by przysłała mi trochę ubrań... Niespecjalnie się ucieszyła.:)

Niedawno stworzyłaś blog, w którym w bardzo przejrzysty sposób wyjaśniasz wiele kwestii prawnych, z którymi borykają się nasi rodacy, którzy osiedlili się w Italii. Jak wpadłaś na ten pomysł?
Pomysł na blog Dee Oswaja Włochy chodził za mną już od dłuższego czasu, gdyż zdawałam sobie sprawę z tego, że znalezienie informacji na dany temat wśród setek postów zamieszczonych na różnych forach graniczy z cudem. Wielu Polaków mieszkających we Włoszech lub planujących przyjazd tutaj nie zna włoskiego, więc siłą rzeczy szuka wskazówek na polskojęzycznych stronach internetowych, które niestety często zawierają jedynie częściowe lub zbyt teoretycznie przedstawione informacje. Chciałam wypełnić tę lukę, tworząc coś w rodzaju ciągle rozwijającego się poradnika, napisanego po polsku, językiem przystępnym, praktycznym, dalekim od prawniczego i biurokratycznego żargonu. Przy okazji zebrałam w jednym miejscu informacje rozproszone gdzieś w sieci oraz w odpowiedziach na maile osób, które zwracają się do mnie z prośbą o radę, więc za jednym zamachem uporządkowałam cały ten bałagan i przysłużyłam się – a przynajmniej mam taką nadzieję – Polakom mającym problemy ze znalezieniem potrzebnych im informacji na stronach włoskojęzycznych.

Jak już wspomniałaś, wcześniej udzielałaś bardzo często odpowiedzi prawnych na jednym z forów dla Polaków we Włoszech? Skąd to zamiłowanie do prawodawstwa włoskiego?
Szczerze mówiąc, przed przeprowadzką do Włoch nawet nie zdawałam sobie sprawy z drzemiącej we mnie pasji do przepisów prawnych – prawdopodobnie dlatego, że szczytem problemu urzędowego w Polsce był dla mnie dziekanat wydziału filologii romańskiej.:) W Rzymie natomiast natknęłam się na niewyobrażalny dla mnie do tej pory chaos biurokratyczny, ignorancję urzędników i brak zainteresowania z ich strony własną pracą, co było dla mnie nie do pomyślenia i budziło mój wewnętrzny protest, który powoli zaczął się uzewnętrzniać.
 Wszystko zaczęło się od pierwszego kontaktu z rzymską kwesturą, gdy jeszcze Polaków obowiązywało posiadanie pozwolenia na pobyt – byłam zszokowana sposobem, w jaki policjanci i urzędnicy traktowali cudzoziemców, którzy koczowali pod bramą budynku w oczekiwaniu na jej otwarcie. Byłam wtedy na tyle naiwna, że nie spodziewałam się, iż dla wielu Włochów obcokrajowcy – w tym Polacy – nie pochodzący z krajów uważanych przez nich za „wystarczająco rozwinięte” należą do gorszej kategorii ludzi, a tamtego dnia odczułam to na własnej skórze. Miarka się przebrała w momencie, gdy po kilku godzinach oczekiwania policjant siedzący w okienku stwierdził, że choć przepisy przyznają mi rację i pozwolenie na pobyt jak najbardziej mi się należy, on mi go nie wyda, „gdyż to nie on napisał tę ustawę”.

I co wtedy zrobiłaś?
Pamiętam, że zaniemówiłam, a później poczułam niepohamowaną złość, że ktoś może swoim widzimisię decydować, czy prawo ma być respektowane, czy też nie. Ten gniew spowodował, że nie ruszyłam się spod okienka, dopóki nie otrzymałam pozwolenia na pobyt, które mi się należało (zajęło mi to dwa dni, gdyż w międzyczasie wysłano mnie do innego urzędu, a gdy z niego wróciłam, kwestura była zamknięta ze względu na... dezynsekcję), po czym opisałam całą historię na forum włosko-polskim, zachęcając wszystkich, by nie akceptowali podobnego traktowania.
Tak to się wszystko zaczęło – od tamtej pory postawiłam sobie za cel walkę z niewiedzą urzędników, zarówno we własnym interesie, jak i w interesie innych osób, a moim środkiem jest po prostu znajomość przepisów, które często znam lepiej niż osoby, które zajmują się danym zagadnieniem zawodowo. Na szczęście jestem na tyle uparta, że nie zniechęca mnie fakt, iż niemal każda wizyta w którymś z urzędów kończy się sporem z jego pracownikami, wysyłaniem pism z żądaniem wyjaśnień, odwołań lub listów do rzecznika praw obywatelskich.:)

Czy pomimo tego, ze w 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej spotykasz sie we włoskich urzędach jeszcze dziś z niedoinformowaniem ze strony pracowników? Pytam, ponieważ wielu Polaków sygnalizuje nam tego rodzaju błędy, szczególnie w urzędach w małych miastach.
Jeśli chodzi o sam fakt członkostwa Polski w Unii Europejskiej, na szczęście tego typu niedoinformowanie zdarza się wśród urzędników coraz rzadziej. W końcu minęło prawie 10 lat od naszego przystąpienia do UE, w międzyczasie przyjęte zostały do niej inne kraje, więc nie jesteśmy już „ostatnimi nowymi”. Jednak dostaję czasami sygnały, że rzeczywiście jeszcze to się zdarza – wtedy naprawdę opadają mi ręce i myślę sobie, co stałoby się z urzędnikiem w Polsce, który twierdziłby, że taka np. Słowenia nie należy do UE i odmawiałby jej obywatelom uznania ich praw. W każdym razie obecnie najczęstsze problemy dotyczą raczej dokumentów, które nie są wymagane przepisami, a których żądają włoskie urzędy, ogólnego niedoinformowania urzędników oraz swobodnej interpretacji norm prawnych przez poszczególne urzędy. Skutek jest taki, że co urząd – ba, co urzędnik – to inna procedura i bardzo trudno jest się w tym wszystkim połapać.  

Czy z perspektywy czasu, zdecydowałabyś się wrócić do Polski?
Tak. Odpowiadam bez wahania i każda kolejna wizyta w kraju utwierdza mnie w przekonaniu, że to jest mój dom. W odróżnieniu od Włoch, które według mnie tkwią w od jakiegoś czasu w marazmie i końca tego marazmu nie widać, Polska tętni życiem, za każdym razem widać coś nowego, coś się dzieje i czuje się tę energię, która napędza ludzi do działania. Wiem, że my, Polacy, mamy skłonność do narzekania, ale osobiście uważam, że powinniśmy być dumni z tego, co osiągnęliśmy w tak stosunkowo krótkim czasie. Niestety moja sytuacja rodzinna nie pozwala mi na razie na opuszczenie Włoch, w każdym razie byłabym szczęśliwa, mogąc znowu zamieszkać w Polsce.

Kim jest Deelaylah prywatnie?
Całkiem zwyczajną osobą, taką, jakich tysiące spotyka się codziennie na ulicy. Pracującą zgodnie z włoskimi standardami od dziewiątej do szóstej, chorobliwie wręcz zorganizowaną, czytającą mnóstwo książek, uwielbiającą weekendowe wypady poza Rzym, zapach cynamonu, dobrą herbatę, a nade wszystko święty spokój.:)  

Dziękuję ci bardzo za rozmowę.