Odnalazł się po 66. latach: Historia polskiego partyzanta z Genui - Nasz Swiat
28
N, luty

Polacy we Włoszech

Po ponad 30-stu latach Włosi poznali prawdziwą tożsamość polskiego partyzanta, spoczywającego na cmentarzu w Genui, znanego im do tej pory jako Marzel Materlowski. Przez 66 lat rodzina Marcela Maternowskiego (bo tak brzmi jego właściwe imię i nazwisko) nie miała pojęcia o losie brata, męża, ojca, który nie wracał z wojny. Kiedy oczekiwanie na jego powrót było coraz bardziej niemożliwe, pozostała jedynie nadzieja, że Marcel zginął godnie, a jego ciało przykrywa ziemia. Niespełna rok temu dzieci partyzanta dowiedziały się, że pamięć o ich ojcu nie tylko nigdy nie umarła, lecz teraz odżyła nową siłą, i to za sprawą zupełnie nieznanych im ludzi.

Mój wrócił, tamten wrócił, a ten nie wracał...
W momencie wybuchu drugiej wojny światowej zaledwie 28-letni Marcel Maternowski miał już żonę i troje dzieci, czwarte w drodze. Jako mieszkaniec Torunia został zabrany na przymusowe roboty do Niemiec. Następnie został wcielony do niemieckiego wojska. We wrześniu 1944 roku dostał się do szpitala wojskowego, z którego zdołał uciec. Jednak ani o ucieczce, ani tym bardziej o tym, że jako dezerter przedostał się do Włoch, gdzie zginął wraz z innymi partyzantami w walce o wyzwolenie Genui, jego rodzina przez ponad pół wieku nie wiedziała absolutnie nic.

Najstarszy syn Mieczysław ostatni raz widział ojca jako ośmioletni chłopiec. Dzisiaj ma 75 lat. Najmłodsze dzieci Józefy i Marcela – urodzona w 1939 roku Bożena i pięć lat młodszy od niej Bernard – nie mogą pamiętać ojca, znają jedynie opowieści matki. „Tatuś podobno bardzo długo się z nami żegnał – wspomina pani Bożena. W końcu poszedł, bo już był czas. Ale wrócił. I znowu się żegnał. I znowu wrócił. Wreszcie trzeci raz, już zaszedł bardzo daleko, ale znowu się wrócił, więc mamusia i Mietek poszli go odprowadzić. I wtedy babcia, taka przyszywana, powiedziała: Józia, on już nie wróci...”

W czasie wojny żona Marcela dostała od męża kilka listów. W ostatnim, pisanym w szpitalu wojskowym, czytała: „Józia, ja nie mogę na to wszystko patrzeć (...), muszę zrzucić te łachy, (...) ja muszę coś zrobić, muszę uciekać gdzieś, gdzie będzie gorąco”. Po tych słowach, ślad po Marcelu Maternowskim zaginął.

Po skończonej wojnie rodzina Marcela z nadzieją czekała na jego powrót. „Zawsze jeden drugiego pytał – opowiada pan Mieczysław: A Twój, wrócił? Bo mój wrócił, tamten wrócił, a ten nie wracał... – dodaje, nie kryjąc wzruszenia. Okropne to było, ale jakoś żyliśmy. Najbardziej nas męczyło to, że nie wiadomo było, gdzie zginął? Jak zginął? Czy ma grób? Czy gdzieś w rowie leży, przykryty ziemią jakąś. Jaką?”

Po nitce do kłębka
Na pierwszy trop związany z polskim partyzantem naprowadziła Berenika Drążewska, studentka przebywająca w Genui w ramach wymiany Socrates-Erasmus. Dziewczyna wzięła udział w jednej z wypraw po Genui zorganizowanej przez prezesa Stowarzyszenia Kulturalnego „Conoscere Genova” Francesco Ristori. Podczas spaceru po przepięknym zabytkowym cmentarzu (Cimitero Monumentale di Staglieno), zwróciła uwagę na możliwy błąd w zapisie miejsca urodzenia polskiego partyzanta. Zasygnalizowała, że miasto „Torum” nie istnieje. Ponieważ celem wspomnianego Stowarzyszenia jest ochrona dziedzictwa kulturowego i historycznego Genui,  powzięło ono decyzję o odnowieniu nagrobka „Marzela Materlowskiego”. Ristori zwrócił się z prośbą o pomoc do Konsulatu Generalnego RP w Mediolanie, wcześniej jednak postanowił sprawdzić, czy widniejące na płycie dane są zgodne z rzeczywistością. Skontaktował się w tej sprawie ze Starostwem Powiatowym w Toruniu.

Z pewnością to nie przypadek sprawił, że Malwina Rouba, naczelnik Wydziału Rozwoju i Projektów Europejskich, zainteresowała się całą sprawą. Poczuła się zobowiązana do pomocy, kiedy zrozumiała jak bardzo polski partyzant został przez Włochów doceniony. W latach 80-tych nadano mu bowiem tytuł Honorowego Obywatela Genui, natomiast 20 marca 2010 roku, czyli dokładnie w 65-ą rocznicę jego śmierci, została odprawiona polsko-włoska msza święta za spokój duszy Jego oraz innych poległych w walce o wyzwolenie miasta partyzantów.

Faktyczne poszukiwania właściwego imienia i nazwiska partyzanta trwały zaledwie cztery dni! Zakończył je współpracownik Malwiny Rouby Dariusz Wypych. Po przewertowaniu tomów ksiąg adresowych Torunia z początków ubiegłego wieku, a następnie przy użyciu portalu Nasza-Klasa udało mu się dotrzeć do... wnuka Marcela Maternowskiego, który podał mu telefon kontaktowy do swojego wujka, czyli do najmłodszego syna Marcela.

To teraz ja panu opowiem historię o pana ojcu...
„Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem 2010 roku – opowiada pan Bernard – otrzymałem telefon ze Starostwa Powiatowego w Toruniu z prośbą o osobiste zgłoszenie się do placówki. Przyjęła mnie bardzo sympatyczna pani. Zapytała, co wiem o swoim ojcu”. Pan Bernard przedstawił wyniki prowadzonych na własną rękę poszukiwań. Kontaktował się bowiem najpierw z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem w Genewie, skąd jednak otrzymał informacje dotyczące tylko brata ojca – Józefa Maternowskiego, który wrócił z frontu. W latach 60-tych wznowił poszukiwania za pomocą Archiwum Berlińskiego. Dowiedział się, że jego ojciec leżał ranny w szpitalu polowym. Po wyleczeniu został skierowany na teren Francji, blisko granicy włoskiej. Nikt nie potrafił mu jednak udzielić informacji, gdzie dokładnie zginął. Tym samym pytanie o miejsce śmierci ojca nadal pozostawało bez odpowiedzi.

„I nagle słyszę: to teraz ja panu opowiem historię o pana ojcu... – wspomina rozmowę z Malwiną Roubą pan Bernard – Ja słucham, pot się ze mnie od razu leje, łzy się z oczu puściły. Dowiedziałem się, że ojciec walczył w antyfaszystowskiej partyzantce, zginął 20 marca 1944 roku w walce o wyzwolenie miasta Genui i został pochowany w kwaterze partyzantów na tamtejszym cmentarzu. To jeszcze nic – dodaje – Pani Malwina włącza komputer i pokazuje mi zdjęcie jego grobu i fragment polsko-włoskiej mszy świętej odprawionej w rocznicę śmierci ojca. To jest wprost niemożliwe. Rozpłakaliśmy się oboje...”

Nad grobem ojca
Radosną wieścią o poznaniu wojennych losów ojca pan Bernard mógł się podzielić tylko z dwojgiem rodzeństwa – bratem Mieczysławem i siostrą Bożeną. Chwili tej nie doczekał ani ich brat Józef, ani matka. Chociaż mogłoby się wydawać, że żona Marcela czekała długo – zmarła w wieku stu jeden lat. Cała rodzina jest przekonana, że to ona po śmierci zrobiła wszystko co mogła, by naprowadzić odpowiednie osoby na właściwy ślad. 
2 czerwca 2011 roku Marcel Maternowski obchodziłby swoje stuletnie urodziny. W ten właśnie dzień nad jego grobem stanęli synowie – Mieczysław i Bernard, córka Bożena oraz prawnuczka Paulina. Tuż obok grobu na kamiennym ołtarzu, w cieniu porośniętych bluszczem drzew i przy akompaniamencie ptaków została odprawiona uroczysta msza święta. Wzięli w niej udział m.in. Konsul Generalny RP Krzysztof Strzałka wraz z rodziną, prezes Stowarzyszenia „Conoscere Genova” Francesco Ristori, Prezes genueńskiego okręgu Krajowego Związku Partyzantów Włoskich (ANPI) Massimo Bisca oraz Zarząd i Członkowie Stowarzyszenia Włosko-Polskiego w Genui.

Wizyta dzieci Maternowskiego odbyła się szlakiem ostatnich śladów ich ojca i obfitowała w wiele wrażeń. Szczególne znaczenie miały dla nich dwie rozmowy. Pierwszą odbyli z inspektorem Giannim Pontą, który dowodził niewielkim oddziałem partyzantów złożonym z Polaków i Rosjan. „Od niego dowiedzieliśmy się – mówi pani Bożena – dlaczego ojcu nadano pseudonim Maccabeo (Machabeusz). Podobno był taki szalony, szybko działał i podejmował szybkie decyzje”. „Przecież to był młody facet – dodaje pan Bernard – miał 34 lata, a to był już marzec, prawie koniec wojny. Przecież wiedział, że ma czwórkę dzieci, że wszyscy czekają. Na pewno chciał zrobić wszystko, żeby jak najszybciej wrócić do domu”.

Dopełnieniem pobytu dzieci Marcela w Ligurii była wizyta w Roccaforte Ligure, małej miejscowości położonej w górach. Tutaj spotkali naocznego świadka śmierci ich ojca, wówczas dziesięcioletniego chłopca. Od niego dowiedzieli się, że ich ojciec był stawiany za wzór innym partyzantom jako zdyscyplinowany i zdecydowany, a przy tym elegancki i szarmancki. Człowiek ten opowiedział im również, że Maternowski nie zginął bezpośrednio w walce, jak do tej pory wszyscy myśleli, lecz w trakcie rozbrajania ręcznej bomby, która zagrażała mieszkańcom wioski.

My umrzemy, ale... dzieci zostaną
Historia polskiego partyzanta „odnalezionego” we Włoszech, nie jest pierwszą i z pewnością nie ostatnią opowieścią o poświęceniu, o nadziei, o poszukiwaniu i o radości z odnalezienia. Trudno jednak rozpatrywać ją na jakimkolwiek ogólnym tle, bowiem każda historia ludzka jest wyjątkowa. „To, co się stało, na pewno zmieni nasze życie – mówi pan Bernard. Może jesteśmy daleko, ale już wiemy gdzie leży, już jesteśmy duchowo nastawieni. Poza tym są ludzie, którzy dbają o jego grób. To dla nas ważne. Wnuczki sobie pozakładały teczki i tam mają wszystkie informacje o pradziadku. My umrzemy, ale... dzieci zostaną”.

Zadaniem żywych jest troska o tych, którzy odeszli. Jednym z jej najpiękniejszych wymiarów jest ten symboliczny. Córka Marcela Maternowskiego wyznaje: „przyniosłam trochę ziemi z Polski, żeby dać na grób taty i zabrałam trochę ziemi stąd, dla mamusi, żeby ich połączyć. To teraz się już spotkają...”

Jeżeli naprawdę pamięć o człowieku trwa dopóty, dopóki ktoś wymawia jego imię, może się to stać się już wtedy, gdy przestaniemy myśleć i mówić tylko o sobie.  

Tekst i zdjęcia: K. Kowalcze
(Członek Stowarzyszenia Włosko-Polskiego w Genui)

 

{gallery}galleries/maternowski{/gallery}