Historie przez życie pisane: Nigdy za cenę utraty dzieci - Nasz Swiat
24
Śr, luty

Polacy we Włoszech

Jadwiga K. (43 lata). Przyjechała do Włoch, bo ani ona ani mąż nie mogli znaleźć pracy w Polsce. Pracowała od świtu do nocy i wyrzekała się wszystkiego odkładając każdy grosz. Z natury ufna, lojalna, nie dostrzega zła nawet jeżeli jest ono widoczne gołym okiem. Teraz jest szczęśliwa, ale przeszła piekło... Z panią Jadwigą rozmawiają Anna Malczewska i Danuta Wojtaszczyk.

Od ilu lat pracuje Pani we Włoszech i co było powodem przyjazdu?
Przyjechałam do Bolonii 10 lat temu. Pracę znalazła mi sąsiadka, która mieszka we Włoszech od 17 lat. Pierwsze trzy miesiące po przyjeździe były dla mnie prawdziwym koszmarem. Pochodzę z małej miejscowości w Bieszczadach. Nie potrafiłam odnaleźć się w tak dużym mieście, nie znałam języka, tęskniłam bardzo za rodziną. Płakałam co noc.

Jak Panią traktowali pierwsi pracodawcy?
Trafiłam na „stałkę” do starszej pani, która traktowała mnie jak niewolnicę. Mój dzień pracy zaczynał się o godzinie 6.00 rano, a kończył często po północy. Czasami zastanawiam się, jak ja to wszystko wytrzymałam. Musiałam prać, sprzątać, gotować dla mojej pracodawczyni, a także dla mieszkającego w pobliżu syna. Nigdy nie miano dla mnie dobrego słowa. Posiłki jadałam zawsze w samotności, w kuchni. Wychodne miałam tylko w niedzielę po południu (3 godziny). Ponieważ nikogo nie znałam, a w pobliżu nie mieszkały żadne Polki, czas ten spędzałam w kościele. Mogę powiedzieć, że przetrwałam to piekło jedynie dzięki modlitwie.

Jakie jest najlepsze i najgorsze wspomnienie z Włoch?
Najgorsze było dla mnie pierwsze Boże Narodzenie, ponieważ moja pracodawczyni nie zgodziła się na to, żebym pojechała do Polski. Mimo to chciałam, żeby te święta były czasem pojednania. Na wiele dni przed Wigilią rozpoczęłam piec ciasta i przygotowywać typowe wigilijne potrawy. Kupiłam upominki dla wszystkich członków rodziny, u której pracowałam. Nawet przy wigilijnym stole zabrakło miejsca dla mnie. Poproszono mnie nawet, żebym zamknęła się w swoim pokoju i nie przeszkadzała, nie mówiąc nic o prezencie...
To było straszne! Nie złożono mi nawet życzeń. Myślałam, że pęknie mi serce.
Moje najlepsze wspomnienie wiąże się z przyjazdem moich dwóch synów. Od 3 lat mieszkają razem ze mną w Bolonii.

Dlaczego zdecydowała się Pani zostać we Włoszech?
Decyzję podjęło za mnie życie. Na początku 2000 roku mój trzynastoletni wówczas syn zaczął sprawiać problemy wychowawcze. Bardzo się martwiłam, że wpadnie w złe towarzystwo. Również młodszy, 11 letni Krzysiu zaczął się dziwnie do mnie odnosić. Opryskliwie i niechętnie rozmawiali ze mną przez telefon. Natomiast mój mąż uspokajał mnie, że wszystko jest w porządku i „podtrzymywał mnie na duchu”, mówił: „Jadziu, jak wytrzymasz jeszcze rok, to wykończymy nasz dom. Zobaczysz, niedługo znajdę pracę i ja będę mógł was utrzymać”. Przed Wielkanocą otrzymałam dziwny telefon od mojej dalekiej kuzynki, która mieszka w pobliskiej wsi. Z rozmowy zapamiętałam jedynie: „Jadźka wracaj, bo coś niedobrego dzieje się w twoim domu”. Nie miałam z kim porozmawiać, zwierzyłam się mojej ówczesnej pracodawczyni Luisie, która natychmiast kupiła mi bilet do Polski. (płacz).
Nie potrafię o tym mówić... Mąż miał od prawie czterech lat kochankę, czyli, jak jeszcze mieszkałam w Polsce. Na szczęście po rozwodzie, sąd przyznał mi opiekę nad synami. Mąż zgodził się, abym zabrała synów do Włoch, bo jego nowa „partnerka” była w 6 miesiącu ciąży, więc nie zależało mu na dzieciach. Nie miałam dokąd pójść. Bardzo pomogła mi włoska rodzina, u której pracowałam od kilku lat. Na początku pomagali mi w płaceniu wynajmu mieszkania, odbierali chłopców ze szkoły, kiedy ja pracowałam.
Obecnie pracuję na własny rachunek. Dzięki dobremu sercu Luisy mam krąg stałych klientek, dla których szyję ubrania. Zarobione pieniądze wystarczają na opłacenie mieszkania, rachunków i bieżących wydatków. Tęsknię za moimi rodzinnymi stronami. Myślę jednak, że nieprędko zdecyduję się na powrót do Polski.
Mój brat jest alkoholikiem, a rodzice od wielu lat już nie żyją. Nie mam po prostu do czego wracać. Rana w sercu po tym, co zrobił mi mój były mąż jeszcze się nie zabliźniła...

Czy gdyby, mogła Pani cofnąć czas, zdecydowałaby się na wyjazd do pracy zagranicę?
Tak, ale żałuję, że nie wyjechałam od razu z dziećmi. Nie tylko straciłam kilka lat z nimi, to niewiele brakowało, że straciłabym je na zawsze. Pomimo wielu wyrzeczeń we Włoszech udaje mi się żyć godnie, być niezależną.

Dziękujemy za rozmowę.