W szpitalu w Mesynie miało miejsce skandaliczne wydarzenie. Dwóch lekarzy pobiło się na sali porodowej, kłócąc się o sens przeprowadzenia cesarskiego cięcia. Wywołało to we Włoszech dyskusję o rekordowej w tym kraju liczbie podobnych zabiegów.
Wskaźnik znacznie przekracza zalecenia WHO, według których cesarskie cięcia nie powinny przekraczać 15 proc. wszystkich porodów. Tymczasem we Włoszech rodzi się w ten sposób aż 38 % dzieci. Jest to najwyższy odsetek w Europie.
Rekordy wspomniany wskaźnik bije na południu Włoch: w Kampanii wynosi on 60 proc., na Sycylii – 52, a w Apulii 49 proc. porodów. Włoskie ministerstwo zdrowia jest zaniepokojone skalą tego zjawiska.
Ocenia się, że odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą nie tylko kobiety, które wybierają cesarkę na życzenie, ale w znacznym stopniu także lekarze, którzy uważają, że cesarskie cięcie niesie za sobą mniejsze ryzyko powikłań. Panuje przekonanie, że włoscy położnicy boją się pozwów o odszkodowania w przypadku komplikacji w trakcie naturalnego porodu.
Ponadto w opinii położników, szpitale nie są często odpowiednio wyposażone do przyjmowania porodów naturalnych. Dlatego lekarze tak chętnie chwytają za skalpel. Jest także powód ekonomiczny i socjalny. Na oddziałach położniczych łatwiej wyznaczyć ciężarnej precyzyjny termin zabiegu chirurgicznego, niż organizować obsadzone przez wielu lekarzy nocne dyżury i płacić za nadgodziny.
– Logiczna jest tendencja, by przeprowadzać więcej cięć po to, by mieć większy spokój w szpitalach, gdzie brakuje funduszy i personelu – stwierdza dziennik La Repubblica w analizie tego zjawiska.
Inny aspekt tej sprawy to kliniki prywatne, w których cesarskie cięcia, często na życzenie kobiet, stanowią aż 90 proc. porodów. Tylko jedną trzecią cesarskich cięć we Włoszech przeprowadza się z przyczyn klinicznych. (aer)








