Stec o polskich emigrantach: to często w ojczyźnie czeka praca typu "zmywak" - Nasz Swiat
23
N, lipiec

Świat

Wbrew  stereotypowi, często zdarza się, że na Polaka to właśnie za granicą czeka przyzwoita praca zgodna z jego kwalifikacjami, a w Polsce - zmywak - zauważa w rozmowie z Polską Agencją Prasową Łukasz Stec, autor książki "Psychoanioł w Dublinie", której główny bohater to polski emigrant. 

Pewnego dnia Wowa, główny bohater powieści "Psychoanioł w Dublinie", dowiaduje się, że dokładnie za siedem dni zostanie zamordowany. Ma tydzień aby zapobiec swojej śmierci. Szukanie potencjalnych sprawców morderstwa daje autorowi książki okazję do poprowadzenia czytelnika przez współczesny Dublin, gdzie duża część mieszkańców to emigranci - przede wszystkim z Hiszpanii, Ameryki Południowej i Środkowej, ale także, jak Wowa - z Polski.

PAP: Kryminały - a "Psychoanioł w Dublinie" to poniekąd kryminał - mają w swoją poetykę wpisany szacunek wobec realiów i pewnego rodzaju pietyzm w odtwarzaniu opisywanej rzeczywistości. Skąd Pan zna Dublin?

Łukasz Stec: "Psychoanioł" rozgrywa się jesienią 2007 roku. Pracowałem wówczas w Dublinie jako redaktor naczelny tygodnika dla polskiej emigracji. W pewnym sensie był to czas przełomu. Lato i jesień 2007 były jeszcze bardzo dobrym okresem dla Irlandii, a więc także dla tamtejszych imigrantów. Mieszkało tam wówczas około 250 tys. Polaków, a latem pojawiła się ostatnia duża fala migracji znad Wisły. Zaraz potem nastąpiło załamanie gospodarcze i kryzys, po którym w Irlandii pozostało ok. 120 tys. osób z Polski.

PAP: Czy czas, w którym rozgrywa się powieść, ma znaczenie?

Ł.S.: Cały koncept książki z tym współgra. Bohater powieści wiedzie w Irlandii spokojne, wygodne życie i nagle dowiaduje się, że za tydzień prawdopodobnie zginie. Podobne napięcie i niepokój wisiały w tamtym okresie w powietrzu w całej Irlandii. Niby jeszcze trwała dekada Celtyckiego Tygrysa, ale już czuło się, że nadchodzi coś niedobrego, zza oceanu zaczynały napływać informacje o nadchodzącym kryzysie. Na przełomie 2007 i 2008 roku większość osób już wiedziała, że zanosi się na recesję. Atmosfera niepokoju w dużej mierze przeniknęła do "Psychoanioła".

PAP: Nie można zdradzać czytelnikom, co przytrafiło się głównemu bohaterowi. Ale co stało się z ponad 120 tys. Polaków, którzy po 2008 roku wyjechali z Irlandii?

Ł.S.: Niektórzy wrócili do kraju, choć z moich informacji wynika, że bardzo wielu zdecydowało się emigrować ponownie, zazwyczaj w innym kierunku niż Irlandia. Budowlańcy najczęściej przenosili się bezpośrednio z Irlandii do Norwegii i Wielkiej Brytanii, gdzie trwały akurat przygotowania do olimpiady w Londynie, w związku z czym było duże zapotrzebowanie na pracowników budowlanych. Pewna część inżynierów po tym, jak sprawdzili się w Irlandii, wyjechała na kontrakty do bogatych krajów arabskich. Tymczasem wśród innych osób z wyższym wykształceniem względnie popularnym kierunkiem stała się Kanada i Australia.

 

PAP: Jak po powrocie z emigracji postrzegano Polskę?

Ł.S.: Wiele osób po próbie powrotu do kraju dochodziło do wniosku, że nie chce tutaj mieszkać. Mimo że w 2008 roku w Polsce bezrobocie było znacznie mniejsze niż obecnie. Jednak wbrew stereotypowi polskiego emigranta pracującego za granicą na zmywaku, często zdarza się, że to właśnie za granicą czeka na niego atrakcyjna praca zgodna z kwalifikacjami, a w Polsce "zmywak" – zazwyczaj pod postacią tymczasowej słabo płatnej posady w call center.

Kluczowy wydaje się jednak czynnik kulturowy. Wyjazd do Irlandii to dla wielu osób przede wszystkim doświadczenie tego, że europejskie standardy pracy to nie tylko lepsze zarobki, a przede wszystkim kultura w relacji przełożony-podwładny, tego, że jednostka ma wpływ na życie społeczeństwa, a politycy są tylko jego reprezentantami wybieranymi spośród wszystkich równych sobie obywateli, a nie stojącymi ponad prawem oderwanymi od rzeczywistości postaciami z innego świata.

To doświadczenie życia w kraju, którego reprezentanci w postaci urzędników czy służb mundurowych na każdym kroku chcą pomóc obywatelowi, a nie utrudnić mu życie. To w końcu doświadczenie życia w kraju, w którym otwartość i tolerancja nie są tylko ładnie brzmiącymi sloganami, a człowiek czuje się swobodnie we własnej skórze, której nikt obcy nie chce z niego zdzierać i przerabiać według własnych upodobań.

PAP: Czy Irlandia zmienia Polaków?

Ł.S.: Bardzo. Pierwsza rzecz, którą się tam zauważa to zupełnie inna atmosfera - spokojniejsza, bezstresowa. Nie ma czegoś, co nazywam polskim "szczękościskiem". W Polsce pojawia się kolejka w sklepie i już rośnie napięcie, idąc do urzędu trzeba się przygotować na starcie lub przynajmniej nieuprzejme potraktowanie. Irlandczycy potrafią na luzie podejść do spraw, które w Polsce niechybnie doprowadziłyby do awantury, oni w takich wypadkach zwykli żartować. Zupełnie inne jest też podejście ludzi do państwa, panuje przekonanie, że to kraj jest dla ludzi, a nie odwrotnie, że od kraju obywatel ma prawo czegoś oczekiwać. Poza tym Irlandczycy są społeczeństwem bezklasowym, bardzo egalitarnym. Polscy emigranci przywykli tam do dobrych, często mało formalnych relacji w pracy między przełożonymi a pracownikami. Prawda jest taka, że w Irlandii czołowy polityk ma w sobie mniej wyniosłości niż przeciętny polski wójt.

PAP: A czy polska emigracja wniosła coś do życia Irlandii?

Ł.S.: Chyba za wcześnie o tym mówić, to zbyt młoda emigracja. Podobno część Irlandczyków pod wpływem Polaków zaczęła obchodzić Wigilię Bożego Narodzenia. Wcześniej, choć to kraj katolicki, świętowali jak anglikanie – 25 grudnia. Zresztą obraz Irlandii jako katolickiego kraju nie jest do końca prawdziwy. W czasach prosperity bardzo pogłębiła się laicyzacja społeczeństwa. W Polsce byłoby nie do pomyślenia, żeby kościół na Krakowskim Przedmieściu przerobić na pub, tymczasem na jednej z głównych ulic Dublina działa bardzo popularny lokal The Church, funkcjonujący w dawnym kościele pod wezwaniem św. Marii. Polscy emigranci w Irlandii, podobnie jak Irlandczycy, również niezbyt często uczęszczają na msze święte. Można to tłumaczyć tym, że na emigracji przestaje działać presja rodzinna czy społeczna kontrola, dzięki czemu na nabożeństwa uczęszcza się rzeczywiście z własnej woli.

PAP: Jak Polacy znajdują się w Irlandii? Czy nie mamy czasem podobnych sposobów relaksowania się po pracy?

Ł.S.: Choć Dublińczycy mają aż kilkadziesiąt słów określających stan upojenia alkoholowego, statystyki pokazują, że w Irlandii spożywa się dużo mniej alkoholu niż w sąsiedniej Anglii. Zresztą najsłynniejsze irlandzkie piwo jest dosyć słabe pod względem tzw. mocy, a jego powolne spożywanie ma w o wiele większym stopniu charakter rytuału sprzyjającego rozmowie niż pijaństwa. Średnia czasu spędzana w pubach jest tu jednaj chyba najwyższa w Europie. Pub to niemal drugi dom, który z podobną częstotliwością gości Irlandczyków, jak i imigrantów.

Książka "Psychoanioł w Dublinie" ukazała się nakładem wydawnictwa Muza.

Rozmawiała Agata Szwedowicz, Polska Agencja Prasowa