To już ostatnia część opowiadania Artura.
Przymusowe odkażenie
Żandarmi, którzy nas wieźli na posterunek szybko zorientowali się, że pewnie dawno nie myliśmy nóg. Niestety po kilkunastu dniach podróży i wielu kilometrach przebytych na pieszo, bez możliwości ich umycia czy wyprania skarpetek efekt był taki, że czuliśmy “zapach ” naszych własnych stóp nawet idąc pod wiatr. Przed posterunkiem kazano nam zdjąć buty i skarpetki i jeden z żandarmów wodą ze szlauchu opłukał nam nogi (woda oczywiście była lodowata). Cała scena była tak groteskowa, że znów buchnąłem śmiechem i powiedziałem do chłopaków, że szkoda nie móc zrobić zdjęcia na pamiątkę. Żandarmi oczywiście się wściekli na mój śmiech i zaczęli coś krzyczeć po swojemu. Nic z tego nie rozumiałem ani się tym nie przejmowałem.
Zanim nas wpuścili na posterunek spryskali całe pomieszczenie jakimś dezodorantem, po czym zaczęli nas “przesłuchiwać”. Na ile mogliśmy, wytłumaczyliśmy im, że jedziemy do Hiszpanii, ale ponieważ skradziono nam dokumenty i pieniądze, staramy się tam dostać stopem i na pieszo. Nie wiem czy nam uwierzyli, ale przynajmniej nie przeszukali naszych bagaży. Ja “wylegitymowałem” się książeczką walutową , Jacek miał ze sobą polski dowód osobisty, a czech abonament na autobus. Po około dwóch godzinach, zdecydowali że odwiozą nas do granicy włoskiej. Wyperfumowali najpierw furgon, po czym wsadzili nas do środka i odwieźli do Menton.
Celnicy francuscy wzięli nasze “dokumenty” i wbili nam “misia” tzn. przekreśloną pieczątkę, która miała oznaczać zakaz wjazdu do Francji przez najbliższe pięć lat i oddali nas w ręce celników włoskich.
W rękach włoskich celników
Z miny jaką mieli Włosi, wywnioskowaliśmy, że nie za bardzo wiedzieli co z nami zrobić. Po paru minutach jednak wskazali nam ręką oddalony o jakieś 200 metrów budynek i pożegnali nas oddając dokumenty. ZNÓW PRZEKROCZYLIŚMY GRANICĘ - tym razem prawie legalnie.
Italia non problem
Skierowaliśmy się w stronę wskazanego nam budynku nie wiedząc zupełnie co nas czeka. Jak się okazało było to biuro podróży. Facetowi, który tam pracował pokazaliśmy ręką na punkt graniczny, usiłując wytłumaczyć, że to celnicy nas do niego wysłali. Chwilę się zastanawiał i po namyśle zaczął wyjmować różne broszury na temat tego co można zwiedzić we Włoszech. Wyjął również składaną mapę z napisem ITALIA NON PROBLEM, po czym wręczył nam to wszystko i pożegnał nas słowami “buon viaggio”. Nie mieściło nam się to wszystko w głowie. Znów byliśmy we Włoszech. Nie mieliśmy pieniędzy ani jedzenia, nie było sensu znów ryzykować przejścia do Francji i dalszej podróży. Po krótkiej rozmowie, zdecydowaliśmy że będzie jednak najlepiej zatrzymać się na trochę we Włoszech, może uda się zarobić parę groszy i wtedy ruszymy w dalszą podróż.
Postanowiliśmy pojechać do Rzymu. Do San Remo doszliśmy znów na pieszo. Przespaliśmy się na dworcu i nazajutrz rano wsiedliśmy w pociąg jadący do stolicy Włoch. Kombinując jak zwykle udało nam się przejechać spory odcinek drogi, ale w końcu konduktor nas wyczaił i wysadził z pociągu w La Spezia zawiadamiając przy okazji policję kolejową, która zabrała nas na posterunek. Przetrzymali nas jakieś dwie godziny, po czym dali nam skierowanie na “Questura Centrale” do Rzymu i wysłali jednego policjanta żeby nas odwiózł na dworzec i kupił bilety.
Z dziennika emigranta
Do pociągu było jeszcze sporo czasu, a ponieważ było około trzynastej pomyśleliśmy żeby się przejść na bazar. Nauczyliśmy się jeszcze w Wiedniu, że sporo owoców, które już marnie wyglądały wyrzucano, wiec w pozostawionych na placu skrzynkach zawsze można było znaleźć coś do jedzenia. Nie myliliśmy się. Kiedy zaczęliśmy przebierać w owocach zaczęli do nas podchodzić handlarze i każdy niósł ze sobą torbę z jakimiś owocami, jedna kobieta pobiegła nam kupić pieczonego kurczaka, a jakiś facet podszedł i wręczył nam 10000 lirów (a mówią, że na zachodzie można zdechnąć z głodu).
Z plecakami pełnymi zapasów na drogę (za pieniądze kupiliśmy kilka bułek i kilka piw) wsiedliśmy do pociągu. Zapomniałem dodać, że również policjanci z La Spezia byli bardzo gościnni, ponieważ zaoferowali nam po kanapce. W pociągu zajęliśmy cały przedział i rozsiedliśmy się wygodnie będąc pewni, że możemy wreszcie spokojnie dojechać do Rzymu, przecież policja kupiła nam bilet. Bilet co prawda mieliśmy jeden, ale byliśmy przekonani, że jest to bilet grupowy (podobnie jak z Insbrucka do Brennero). Nikomu z nas nie przyszło do głowy, żeby go dobrze obejrzeć. Zrobił to jednak za nas konduktor, który stwierdził, ze z jednym biletem w trójkę nie możemy podróżować. Wezwał kierownika pociągu, ale ponieważ w żaden sposób nie mogli się z nami dogadać, w końcu zrezygnowani machnęli ręką i dali nam spokój.
Roma – città eterna
Był 03 luty 1990 roku. Po 13 dniach podróży, przekraczając nielegalnie granice sześć razy, po krótkim pobycie w Austrii, w Niemczech, znów w Austrii, we Włoszech, we Francji, w księstwie Monaco, i znów we Włoszech, po zwiedzeniu w międzyczasie 28 większych i mniejszych miast, dojechaliśmy do RZYMU – WIECZNEGO MIASTA. Nikt z nas tego nie planował i jeszcze dwa tygodnie wcześniej, wyjeżdżając z Wiednia nawet nie śniliśmy, że przeżyjemy tak długą i emocjonującą podróż, która zakończy się tutaj w “mieście bogów”. Jacek po około półtorarocznym pobycie powrócił do Polski, a Czech prawdopodobnie wyjechał do legii cudzoziemskiej. Jednego z Polaków spotkałem dwa lata później na Porta Portese w Rzymie. Od tamtej pory już nikogo z nich nie widziałem, ani nie mam z nikim kontaktów.
Wyjechałem z Polski z myślą o Austrii, z Austrii skierowałem się do Hiszpanii, we Włoszech zamierzałem się zatrzymać na krótko - a mieszkam tutaj już prawie 19 lat. Lata, w ciągu których wykonywałem wiele różnych prac: od mycia szyb po ogrodnika, od “Marysi” po murarza, od hydraulika po kierowcę, od pizzaiolo po kierownika hurtowni, od ferraiolo po grafikę reklamowa itd. Może kiedyś Wam jeszcze o tym opowiem…
Artur Iwanisik
Jeżeli jesteś zainteresowany całą historią Artura: przeczytaj poprzednie odcinki
(12) | 
|