Londyn jest jedynym miejscem za granicą, w którym Robert Makłowicz mieszkał przeszło rok. Przyjechał do Anglii pod koniec lat 80-tych. W ciągu dnia pracował na budowie, ubrany w biały fartuch jeździł wózkiem widłowym, a wieczorami przebierał się w garnitur i taksówką jechał do dobrego lokalu. Wszystkie zarobione pieniądze przepuścił na miejscu, ale jak sam przyznaje, była to dobra inwestycja, bo zaczął odróżniać niuanse rożnych kuchni światowych. Każda wizyta w Londynie jest dla niego podróżą sentymentalną.
10 października br. Robert Makłowicz spotkał się w POSK-u z Polakami mieszkającymi w Londynie, przyjechał na zaproszenie Gazety Niedzielnej i Fundacji Veritas. Atmosfera była fantastyczna, kilkakrotnie Makłowicz rozbawił publiczność do łez, błyskotliwie i na wesoło odpowiadał na zadawane pytania. Gdy młody dziennikarz zasugerował, że tempo w jakim żyjemy powoduje, że mniej dbamy o to, co jemy, z ust Makłowicza usłyszał: ”Czy to, że żyje Pan w biegu, znaczy że krócej kocha się Pan z żoną?”.
W specjalnym wywiadzie dla The Polish Observer Robert Makłowicz opowiedział o początkach swojego kulinarnego programu, o książce którą pisze, zdradził, gdzie chciałby pojechać i kogo chętnie by zabrał na bezludna wyspę.
W jaki sposób rozpoczęła się twoja przygoda z gotowaniem?
Zacząłem gotować dla telewizji przez przypadek. Pracowałem w Gazecie Wyborczej w okresie, gdy Gazeta myślała o własnej telewizji. Nagrano wtedy pilot programu, w którym również wystąpiłem. Z planów tych nic nie wyszło, ale producent, który zrobił ten materiał pokazał go telewizji a oni powiedzieli ok.
Przez jakiś czas gotowałem w porannym paśmie Jedynki - nigdy tego nie oglądałem, bo nie oglądam telewizji o szóstej rano. (śmiech) Później kilka razy wyraziłem się publicznie, że to kompletny idiotyzm, że w Polsce nie ma takich programów, jak w BBC.
Moim mistrzem i człowiekiem, który mnie natchnął był Keith Floyd. On już nie występuje w telewizji, bo jest dość wiekowy, ale był pierwszym szefem, który jeździł po świecie, rozkładał swój stolik w rożnych dziwnych miejscach, a to w dżungli, a to na ulicy i gotował. Zaproponowałem, żeby coś podobnego robić dla polskiej telewizji.
Pomysł chwycił i to już trwa 9 lat, niedługo będę się czuł jak Irena Dziedzic, albo pani od „Wielkiej gry”. (śmiech)
Tylko wiek nie ten...(śmiech)
Zobaczymy, co będzie za kolejnych 9 lat (śmiech), a mówiąc poważnie...świat jest inspiracją, świat jest wielki, pełen cudownych ludzi, wspaniałych kultur i życia nie starczy, żeby to wszystko pokazać.
Czyli twoja przygoda z telewizją rozpoczęła się z inicjatywy Gazety Wyborczej, ale program „Podróże kulinarne Roberta Makłowicza” był twoim pomysłem?
Tak, moja obecność na ekranie zaczęła się od niezrealizowanego pomysłu Wyborczej. „Podróże kulinarne Roberta Makłowicza” produkowała Ewa Wachowicz. W jej obecności powiedziałem kiedyś, że to bezsens, że w ogóle nie ma takiego programu, zapytała mnie wówczas czy napisze scenariusz, napisałem wiec pilot pilota i ona to zaniosła do telewizji.
Teraz Ewa ma swój program w Polsacie, a ja jestem producentem nowej serii „Makłowicz w podroży”. W nowych programach widać więcej tła kulturowego.
Historia stanowi ważny element...
Nie da się zrozumieć kuchni bez historii.
Postrzegany jesteś przede wszystkim jako kucharz, chociaż z wykształcenia nim nie jesteś. Studiowałeś prawo i historię na UJ w Krakowie. Od wielu lat pracujesz jako dziennikarz, piszesz także książki. W czym czujesz się najlepiej?
Większość ludzi krzyczy za mną na ulicy: O kucharz idzie! Kojarzy im się to z czynnością, którą wykonuję na ekranie, ale kucharzem nie jestem, bo nie skończyłem żadnej szkoły kucharskiej. Chodziłem tylko na kursy gotowania w Tajlandii. Zdecydowanie najbardziej lubię pisać. Piszę teraz książkę, która z jedzeniem nie ma nic wspólnego.
Słyszałam, że to kryminał.
To miał być kryminał, ale odłożyłem go ad acta. Pisze coś w rodzaju esejów o Europie Środkowej.
Anegdota związana z podróżami kulinarnymi...
Jeśli oczekujesz historii, że poślizgnąłem się na skórce od banana i wpadłem twarzą w patelnie, to nic takiego mi się nie przydażyło. Byliśmy w rożnych egzotycznych miejscach takich jak Jamajka, Ekwador, Australia, Urugwaj, Mołdawia i mnóstwo śmiesznych rzeczy się działo, ale jeśli ci chodzi o opis pięknej katastrofy, to nic nie przychodzi mi do głowy.
Może zaraz coś sobie przypomnę... Jak w Polsce czytałem do kamery fragment „Pana Tadeusza”, gdy gotowałem kilka potraw opisanych przez Mickiewicza, w pewnym momencie podeszła do mnie koza, wyrwała mi książkę z ręki i ją zjadła – to było bardzo śmieszne.
Kuchnia jakiego kraju najbardziej tobie odpowiada? Co je Robert Makłowicz?
Jak jestem w Anglii nie idę do polskiego sklepu i nie kupuję pulpetów w sosie pomidorowym, ani majonezu polskiego. Uważam to za nonsens, żeby wszędzie ze sobą wozić swoje przyzwyczajenia z domu, w ten sposób człowiek się odcina, zamiast rozwijać, zamyka się.
Może gdybym tu siedział z 5 lat, chciałbym zjeść coś, co znam z dzieciństwa, ale też nie na codzień i nie pulpety z puszki.
W każdej kuchni można znaleźć coś interesującego. Najbardziej odpowiada mi kuchnia basenu Morza Śródziemnego.
Lubisz ostre dania?
Bardzo lubię. Poziom ostrości, który toleruje jest stokrotnie wyższy, niż statystycznego Polaka. Lubię na przykład potwornie ostrą potrawę hinduską Vindaloo.
Jakich przypraw najczęściej używasz w swojej kuchni?
Morską sól do zmielenia, pieprz w młynku, mam zawsze trzy, cztery doniczki na balkonie albo na parapecie ze świeżą bazylia, tymiankiem i rozmarynem bez których trudno się obejść w kuchni, chilli suszone, w lodówce trzymam zamrożone liście lemonki kaffir, trawkę cytrynowa, świeże chili, imbir.
Nie używam suszonych liści laurowych, tylko świeże, które zrywam w Chorwacji, gdy jeżdżę tam na wakacje, zawsze mam też oliwę, przeważnie w kilku rodzajach, inną do smażenia, inną, bardziej wykwintną na surowo.
Który raz jesteś w Londynie?
Pierwszy raz przyjechałem do Londynu w 1981 r., a mieszkałem przez rok na przełomie 1989/90 r. Jestem teraz 7 albo 8 raz.
A masz swoje ulubione miejsce w Londynie, do którego lubisz powracać?
Mam takie miejsce, jest nim Waterloo Bridge. Lubię także Kingston Upon Thames, Portobello, Camden. Londyn ma przeróżne oblicza. Jak tutaj mieszkałem, bardzo lubiłem jeździć do „czarnej dzielnicy” Brixton. Ludzie z Jamajki robili sobie przed domami jedzenie jak było ciepło, palili też rożne fajne rzeczy, unosił się wonny dym dookoła – bardzo ciekawy widok. Pamiętam też dzielnicę ortodoksyjnych Żydów, panie w perukach...do Golders Green jeździłem po barszcz – w Londynie spędziłem jedyną Wigilię poza domem.
Chciałem się teraz wybrać do galerii Modern Tate, bo jeszcze w niej nie byłem, ale skusił mnie bożek konsumpcji i pojechałem do Camden. Muzea w Londynie też są fantastyczne.
Czy jest jakieś miejsce, w którym jeszcze nie byłeś, a które bardzo chciałbyś odwiedzić?
Chiny, bo byłem tylko w Honkongu a z kulinarnego punktu widzenia jest to jedno z najważniejszych miejsc na świecie, ale jakoś nie uśmiecha mi się tam jechać z powodu systemu politycznego, wpisywania się w tę propagandę sukcesu.
Drugie miejsce do którego bardzo chciałbym pojechać to Madagaskar. Słyszałem od wielu osób, ze jest to najpiękniejsze miejsce na Ziemi i rosną tam wszystkie przyprawy świata.
Mój tata często wspomina Madagaskar...
Może Madagaskaranki są fajne. (śmiech)
Najpiękniejsze miejsca, które widziałeś?
Najbardziej lubię Amerykę Południową z powodów kulturowych – Urugwaj, Południową Brazylie, Argentynę. Oszołomiony byłem Australią, przepiękny kraj, tam nie ma żadnego udawania, wszystkie nacje, które tam mieszkają czują się jak u siebie, każdy robi to, co potrafi najlepiej, ale dla siebie, więc standard jest tam zdecydowanie inny, kuchnia chińska jest prawdziwą kuchnią chińską, kuchnia tajska jest prawdziwą kuchnią tajską, itd.
A gdzie lubisz wypoczywać?
Najbardziej w Dalmacji, bo to jest najbliższe mojego Krakowa ciepłe morze. Z Krakowa nad Adriatyk jest prawie taka sama odległość, jak z Krakowa nad Bałtyk, ale po co mam w lecie jeździć nad Bałtyk, skoro są tam tłumy a jest zimno, czasem nawet w kurtce trzeba chodzić.
W tym roku byłem na takiej wyspie, na której mieszka 200 osób, jest jedna droga, nie ma ani jednego policjanta, chleb trzeba zamawiać.
To jest dopiero prawdziwy wypoczynek...
Jest genialnie, pójdzie się na górę i z jednej strony widać Włochy, a z drugiej Chorwację.
Co byś zabrał na bezludna wyspę?
Najchętniej koleżankę (śmiech), albo kolegę, żeby mieć z kim grać w tysiąca.
A książkę?
Książkę lepiej napisać. Jedna książka to za mało, trzeba by było zabrać całą bibliotekę.
Najbliższe plany?
W przygotowaniu książka, do końca grudnia programy są nakręcone, a gdzie będzie następny wyjazd, tego jeszcze nie wiem. Planujemy Albanię na wiosnę, Argentynę, Izrael i może Londyn. Zamierzam także odpocząć, bo od 1,5 miesiąca żyje w strasznym biegu, jak wrócę do domu chyba pojadę w góry, pośpię parę dni i będę pisał.
Jak sobie radzisz z popularnością?
Staram się nie upijać w publicznych miejscach i nie oddawać moczu pod płotem. (śmiech) Jest to oczywiście i przyjemne i męczące – taka jest cena pokazywania własnej gęby w telewizji.
Jesteś rozpoznawany nie tylko w Polsce, ale poza granicami kraju. Kiedyś kojarzono Polskę przede wszystkim z Wałęsą i Papieżem, a teraz również z tobą, o czym mogłam się przekonać, gdy byłam w ubiegłym roku na wakacjach w Marakeszu. Na słynnym placu Jema El Fna podszedł do mnie sklepikarz, który rozpoznał, że rozmawiam z koleżanką w języku polskim i powiedział: „Polska, Robert Makłowicz”. Przyznam, że byłam zaskoczona.
Bardzo mi miło, jeśli ktoś ogląda mój program nie rozumiejąc słowa po polsku, to jest naprawdę śmieszne.
Przepis Makłowicza na sukces...
Zawsze robiłem i nadal robię to, co lubię – to jest podstawowa recepta na sukces. Ważne jest, aby nie udawać i robić to, co się kocha, a sukces przyjdzie sam.
Życzę kolejnych sukcesów i do zobaczenia w Londynie
Bardzo dziękuję, do zobaczenia w Londynie.
rozmawiała Alicja Borkowska
(7) | 
|