Nasze poradniki
Moje trzy grosze
IMMIGRATION IN UK
Advertisement
Polski przeprowadzacz Print E-mail

Nie jest łatwo nosić, przenosić, wynosić czyli być pomocnikiem w firmie przeprowadzkowej, nawet kiedy wypłata jest w funtach. Polak na ziemi obiecanej „przeprowadzał” w firmie miłego pana, z miłym psem i miłym samochodem. Przeprowadzał i ledwo zarabiał.

Miły van, Mike i Shamboo
Wojtek w listopadzie wyleciał do Londynu. Obiecana praca nie czekała na brytyjskiej ziemi obiecanej. Po dwóch tygodniach bezowocnego chodzenia do osławionego Jobcentre w nadmorskim Brighton oraz agencji pośrednictwa pracy odezwał się Mike, znajomy znajomego, liverpoolczyk.To z nim nie spotkał się w dniu przyjazdu, i to u niego pracy wówczas nie było.
REMOVALS. Very nice man and very nice van – PRZEPROWADZKI. Bardzo miły człowiek i bardzo miły samochód - tak się firma reklamuje, i tu Polak ma pracować.
„Nice van” to duża stara furgonetka w kolorze czerwonym. Tylne drzwi działają jak spadająca gilotyna. Ma z tyłu dwie osie, z jednego koła uszło powietrze, „dobija” na zakrętach. Do tego jedno lusterko, które w trakcie pierwszych wspólnych podróży odpada.
Nieodłączną częścią załogi jest pies Mike`a, Shamboo. Wciśnięty między „pana” a Wojtka zasypia szybko w czasie jazdy. Na desce rozdzielczej walają się papiery, gazety, wizerunki hinduskich bóstw, na podłodze sporo innych „niezbędnych przedmiotów”. Pas od strony pasażera nie działa, Wojtek trzyma go w ręce w czasie jazdy. - Przy ostrym hamowaniu ma mnie chronić podobno masa psa – wyjaśnia Polak. Shamboo kilkakrotnie w czasie jazdy łapą zmienia radiowe stacje. Widać, każdy w tym gronie ma jakieś zadania.

Debiut przeprowadzacza
Pierwsza przeprowadzka. Lokalnie, w Brighton, nastolatka przeprowadza się z mieszkanka na trzecim piętrze. Noszenie po wąskich korytarzach. - Nie to było najgorsze. Ledwo weszliśmy na górę, przy aucie wyrósł parkingowy i za szybą ląduje karteczka: 60 funtów! Mike ryczy do niego przez okno, ale tamten jakby nie słyszał – wyjaśnia „przeprowadzacz”. Louise, „przeprowadzana”, zabawia rozmową o hiszpańskim domu swej matki. - Przedstawiam się i mówię, że jestem Polish i że tu w UK będę jako „White Negro”. Dziewczyna dostaje ataku śmiechu – mówi Wojtek. Przeprowadzka idzie sprawnie, po kilku godzinach wszystko jest w aucie.
Przeprowadzacz siedzi na „pace”, trzymając się ścian i reszty przedmiotów. Nowe mieszkanie na szczęście ma być na parterze.
Zaczyna padać drobny deszcz, a to nie pomaga w pracy. - Przenosząc meble potknąłem się i poślizgnąłem, przygniatając Mike’a ciężką szafką. Starałem się uważać, ale kilkoma sprzętami poszorowałem po ziemi – objaśnia pracę Wojtek. Nowa lokatorka i tak jest zadowolona, gawędzi kurtuazyjnie o muzyce, próbuje ustawiać cały swój dobytek, który zajmuje już większość przestrzeni na podłodze. Przedstawia współmieszkankę, wymienia z bossem numery telefonów. W kuchni dostają coś do picia, i po wszystkim. - Wieczorem szef zaprosił mnie na późny obiad do restauracji, choć nie było kiedy się umyć ani przebrać po robocie. Gadaliśmy jak starzy kumple, Mike opowiadał o Azji i swych ex girlfriends, obok eleganccy Britons pałaszowali swoje – podsumował pierwszy dzień pracy Witek.

Robota na wyjeździe
Następnym razem „na robotę” trafili do pobliskiej miejscowości Lewes, stolicy hrabstwa. Słynie m.in. z domu Anne of Cleves, czwartej żony króla Henryka VIII.
Niewiele uroczego miasteczka udaje się polskiemu pomocnikowi zobaczyć, przypada mu odpowiedzialne zadanie wypakowania całej zawartości boksu w przechowalni mebli, przewiezienie tego wózkami z podziemi i przytarganie do vana. Mike w tym czasie zwija się z bólu w szoferce i rozmawia przez komórkę, czule wylizywany przez Shamboo. Boss przeciążył kręgosłup. Będzie więcej pracy dla pomocnika: ”My pain -Your gain” mówi szef. - Cóż, jego ból, mój zysk…- powtarzał sobie Wojtek.
Brak doświadczenia „w zawodzie” pokazuje namokła garderoba kobiety, do której cały ten dobytek należy. W ulewnym deszczu nie należało wyciągać rzeczy na dwór, choć było bliżej do auta.
Nazajutrz jazda vanem pełnym po brzegi do południowego Londynu, by wyładować się w Chelsea. Jedyna okazja, by zwiedzić sklep Chelsea football club usytuowany na koronie słynnego stadionu, Mike kupuje prezenty. Dalej, jazda do nowego mieszkania właścicielki ładunku, Hiszpanki w średnim wieku.
- Szare, stare kamienice, ciasna zabudowa, ponuro i tłoczno, to ma być stolica? – pyta Wojtek. Kolorowe i raczej uśmiechnięte twarze na ulicach odbierają jednak szarości szarość.
Mike znika gdzieś, wraca z Polką, znajomą z Krakowa, której Wojtek ma nic nie mówić o jego narzeczonej z Bhutanu. - Zacząłem rozładowywać furgonetkę, nosząc kolejne przedmioty do sutereny pośród rusztowań, ciągnących się rur, kręcących się robotników. - Lepiej trafić nie mogliśmy – mruczał pod nosem z ciężarami w rękach Polak. Wydawało się, że załadowanego sprzętu jest tyle, że braknie dnia na wyładunek. I wtedy wychynęły czysto polskie myśli: „Co ja tu, k... robię, w kraju mam samochód, mieszkanie, a tu jak dziad rozładowuję grata w pocie czoła”.
Hiszpanka pomaga aktywnie w odbiorze mebli, widzi, jak szklana płyta małego stolika tłucze się przy wyciąganiu. Kolejny problem, z garderobą, kilkoma innymi sprzętami.
Seniora się rozjusza, zaczyna dawać do zrozumienia, że zapłaci mniej z powodu uszkodzeń. Mike się nakręca, „miły pan” z reklamy firmy krzyczy swoje, ona swoje. Na to wszystko pojawia się Hindus i wlepia mandat za nieprawidłowe parkowanie furgonetki, jakby jeszcze było mało... Boss wściekły, Wojtek próbuje ich uspokoić. Trzeba ruszać autem, bo parkingowy jest nieubłagany. Taką ma pracę.
„Przeprowadzona” Hiszpanka nie chce zapłacić umówionej kwoty, może w ogóle nie zapłaci. Nawet Shamboo, pies bossa, traci humor. Wojtek też, te dwa dni pracował za darmo.
Po kilku minutach kolejny parkingowy chce załodze „miłego vana” dać mandat. Po akcencie Wojtek poznaje, że to Polak i prosi, by darował, bo „szef ma kłopoty”. - Jako że Polak z Polakiem może że się dogadać to i się dogadaliśmy – podsumowuje pracownik „Removals”.
Lady jest im winna ponad 100 funtów, jak stwierdza boss z liverpoolskim akcentem. Wyklina na to zlecenie.

Wegetariańskie żarcie, pain killers, i po pracy
Wojtek zaczyna poważnie kwestionować, na razie po cichu, sens takiej pracy z niepewną wypłatą. Mike, boss obiecał, że zabierze pomocnika do świetnej wegetariańskiej restauracji „Govinda” na londyńskim Soho, z indyjskimi potrawami. Słowa dotrzymuje, mimo opłaty za wjazd do zatłoczonego centrum stary van wtacza się na Piccadilly Cirrus. – To był mój pierwszy raz tam, euforia jakaś, wow! – przypomina sobie tę wizytę Polak. Tłumy, dekoracje na Christmas wzdłuż Oxford Street, barwne lampiony wszystko rozświetlają. To jak centrum europejskiego świata, Londyn banków, finansjery, giełdy i dziennikarzy, w tym wszystkim stary czerwony gruchot bez lusterek, z szalonym psem Shamboo. Przygniatał Wojtka, pas jak zwykle, trzymany w ręce. - Czułem się w tej zdezelowanej furgonetce na ulicach metropolii jak kurier w ubłoconym płaszczu, który wśliznął się na eleganckie przyjęcie i stoi pośrodku sali z wyfrakowanymi dżentelmenami – opisuje. Lawirowanie w tym „Xmas-time-traffic” szczęśliwie się udaje, parkują, Mike zarządza bieg do ubikacji. Okazuje się sikaniem pod murem.
Potem lunch czyli udany obiadek w wege restauracyjce „Govinda”, błądzenie do vana, błądzenie po centrum, jakby o jedno kółko za dużo. Mike ma problemy ze znalezieniem drogi na południe, na Brighton...
Praca daje się we znaki: po drodze muszą przystanąć w aptece, Mike ma straszliwe bóle kręgosłupa; podźwigał się przy przeprowadzkach, już prawie nie może jechać. Ratują go „painkillers”; ból jest znokautowany. W aptece duże obwieszczenia informują o bezpłatnych testach na chlamydię. Aptekarka poważnie mówi, że ta bakteria jest nie tylko w UK, pewnie wszędzie.
- Miałem zarobić w te dwa dni ponad 150 funtów, mam 60. Czy dalej pracować u „miłego pana z miłym samochodem”? – ta myśl żegna zmęczonego Wojtka przed snem.

Maciej Bielawski This e-mail address is being protected from spam bots, you need JavaScript enabled to view it

Write Comment
  • Please keep the topic of messages relevant to the subject of the article.
  • Personal verbal attacks will be deleted.
  • Please don't use comments to plug your web site. Such material will be removed.
  • Just ensure to *Refresh* your browser for a new security code to be displayed prior to clicking on the 'Send' button.
  • Keep in mind that the above process only applies if you simply entered the wrong security code.
Name:
E-mail
Homepage
Title:
BBCode:Web AddressEmail AddressBold TextItalic TextUnderlined TextQuoteCodeOpen ListList ItemClose List
Comment:



Code:* Code
I wish to be contacted by email regarding additional comments


Add as favourites (9) | Quote this article on your site

Be first to comment this article
RSS comments
   
Advertisement
ŻYĆ WE WŁOSZECH

Trzęsienie ziemi na północy Włoch

Trzynastka dla colf i badanti

Ważne adresy
Nasi partnerzy
O Nas