Do Włoch przyjeżdżają, aby opiekować się starszymi osobami. Bez znajomości języka, z małą ilością pieniędzy, długami w kraju i nadzieją na uczciwa pracę. Rodzinom mówią, że czują się jak w raju. Słońce, morze, malownicze krajobrazy i jeszcze dostają za to pieniądze – czego chcieć więcej? Praca jak każda inna. Jednak prawda ukryta jest w ich łzach. Tylko one wiedzą jak jest naprawdę. Poniżane, oszukiwane, często pracujące ponad siły, swoją pracę traktując jak więzienie.
Piazza Umberto w Bari nie różni się niczym specjalnym od tysięcy parków w innych miastach włoskich. Palmy, fontanna, plac zabaw dla dzieci. Jednak to tutaj w środowe i niedzielne popołudnia w różnych częściach parku słychać wschodnio brzmiące języki. Rumunki, Rosjanki, Ukrainki i Polki spędzają tu czas wolny i odpoczywają od tego, co czeka je w pracy. Rosjanki i Rumunki, w przeciwieństwie do Polek, tworzą jedną wielką grupę. Polki siedzą na uboczu w małych grupach po trzy, cztery osoby, popijając popularne wśród Polaków piwo Peroni. „To jedyna przyjemność, jaką mamy, a i tak jest nam odbierana przez natarczywych Włochów, którzy nas zaczepiają i poniżają myśląc, że jesteśmy paniami do towarzystwa” - mówi pani Bożena.
Średnia wieku tych kobiet to 35-55 lat. W Polsce czeka na nie dom, dzieci i wolność. Pani Bożena jest we Włoszech od 4 lat, w kraju zostawiła męża i dwójkę dzieci. Aby wyjechać, zapożyczyła się w banku. Pracę znalazła przez pośredniczkę, której musiała zapłacić 100 euro, kolejne tyle kosztowała podróż. Bez znajomości języka, z podstawowymi rzeczami, trafiła na Sycylię. „Trzeba mieć szczęście. Ja go nie miałam – nie dość, że trafiłam na południe Włoch, gdzie zarobki są najmniejsze, to przyszło mi pracować w skandalicznych warunkach, ale i tak cieszyłam się, że była praca. Tutaj bywa też tak, że po przyjeździe okazuje się, że pracy nie ma, a kobieta zostaje bez pieniędzy i z długami. W nocy budziłam się po 5-6 razy gdyż osoba, którą się opiekowałam, miewała częste bóle. Miejsce, w którym spałam przypominało bardziej kurnik niż pokój, a podopieczna dzieliła się ze mną jedzeniem w zależności od jej humorów. Czasami bywało, że dostawałam pół brzoskwini na dzień, bywało też, że na tydzień” – mówi. Teraz pani Bożena opiekuje się starszą kobietą i jej niewidomym synem. „Pracy jest dużo, ale staram się nie narzekać”- dodaje.
Bobek musi żyć
Dzień każdej opiekunki wygląda mniej więcej podobnie. Jeśli przespały spokojnie noc, wstają z samego rana, by umyć podopieczną. „Nazwaliśmy ich bobki, gdyż strasznie boją się wody i czystości. Są jak małe dzieci: moczą się, wydzielają nieprzyjemny zapach. Myjemy ich od stóp do głów. Musimy ich czasami zmuszać do kąpieli” - wyjaśnia pani Bożena. Potem robią zakupy, przygotowują śniadanie i sprzątają mieszkanie. Jeśli jest ono w kamienicy lub w bloku, zajmie im to najwyżej parę godzin. Gorzej, gdy do posprzątania mają posiadłość z kilkoma pokojami, sypialniami i łazienkami. Muszą zdążyć ze wszystkim do południa, potem czeka ich przygotowywanie obiadu. Po południu, gdy większość sklepów jest zamknięta, muszą czuwać przy osobie podopiecznej. Mogą wtedy włączyć telewizor lub wyjść na balkon, pod warunkiem, że nie będzie to przeszkadzało starszej osobie. „Czujemy się jak w więzieniu” - dodaje pani Bożena. Potem przygotowanie kolacji - i tak przez większość dni w tygodniu.
Ich dramat polega na tym, że przeklinają swoich podopiecznych, ale wiedzą, że póki oni żyją, one mają pracę. Wolne mają środy i niedziele, od godziny 15.00 do 20.00. Spotykają się wtedy w parku, dzwonią do rodzin, wysyłają zarobione pieniądze, próbują zapomnieć gdzie są i co robią. Bliskim nie mówią, jak bardzo jest im źle i ile muszą znosić. „Tak jest lepiej” - mówi pani Halina. – „Nie chcemy przysparzać im dodatkowych zmartwień. Mówimy, że wszystko jest dobrze i że za tydzień znowu zadzwonimy i wyślemy pieniądze”.
Trafić źle, trafić dobrze
Najgorsza jest niepewność, niewiadomo, gdzie się trafi i kim trzeba będzie się opiekować. Zdarza się, że Włosi poszukują kochanek, a nie opiekunek. „O tym, czy będzie się pracowało czy nie, można się dowiedzieć zaraz po wyjściu z autokaru, jeśli nie spodobamy się rodzinie osoby, która mamy się opiekować, od razu możemy wracać do domu. Tylko gdzie tu wracać skoro w domu bieda i długi?” - wyznaje pani Bożena. Opiekują się osobami starszymi, czasami chorymi psychicznie z różnymi dolegliwościami. Za swoja pracę otrzymują od 500 do 800 euro na miesiąc, w zależności od obowiązków lub szczodrości pracodawcy. Z żywnością też jest różnie. Pani Halina dostaje 40 euro na tydzień, z czego ma utrzymać siebie i osobę, którą się opiekuje. Dla porównania, litr mleka lub bochenek chleba kosztuje ok. 1.20 euro. „Zdarzają się też przypadki, że rodzina chorej lub starszej osoby wydziela jedzenie: butelka wody na dzień, pomidor, bułka, ser mozzarella” - wylicza inna z pań. Pracę we Włoszech dla opiekunek można załatwić przez pośredników w Polsce lub znaleźć w ogłoszeniach w gazetach. W samym Piazza Umberto jest kilka Polek, które pośredniczą w szukaniu zajęcia. Spotykamy też takie, które za sam telefon do pracodawcy żądają 100 euro. „One nie muszą przeżywać tego, co my” - wyznaje pani Bożena. Wynajmują mieszkania, nawiązują znajomości z Włochami, żyją z pośrednictwa i prezentów od adoratorów. Oczywiście, są też kobiety, które miały szczęście. Pracują legalnie przy osobie w pełni sprawnej, a ich obowiązki ograniczają się do sprzątania i gotowania. Jednak takie kobiety pani Bożena wylicza na palcach jednej ręki.
Czekając na euro
Według oficjalnych szacunków we Włoszech pracuje dziś ok. 62 tys. Polaków. Badania Fundacji Prawo Europejskie przeprowadzone w 2008 r. mówią o 110 tys. środowisk rodzinnych, w których dzieci zostały opuszczone, bo rodzice wyjechali. Gdy zapytałem te kobiety, co się dla nich zmieniło po wejściu Polski do Unii i otworzeniu rynku pracy odpowiedziały, że teraz mogą walczyć o swoje prawa bez obaw, że z góry są na przegranej pozycji. „To, że jesteśmy w Unii sprawiło, że jesteśmy na takich samych prawach jak Włosi pracujący tutaj, jednak pracodawcy często o tym zapominają” – wyjaśnia jedna z kobiet. „Może, gdy wejdzie do nas euro cos się zmieni. Wzrosną płace, będzie praca, a euro będziemy zarabiali w kraju. Póki, co musimy spłacić nasze długi i zarabiać pieniądze dla rodzin tutaj” – dodaje.
Jednak coraz częściej myślą o powrocie do Polski. Niektóre nie wytrzymują psychicznie, innym już się nie opłaca, gdyż euro cały czas traci na wartości, a i rynek pracy jest już uboższy w oferty. Poza tym Włochom opłaca się bardziej zatrudniać Rosjanki i Rumunki, którym mogą zapłacić mniej bez obaw, że odejdą, gdyż dla kobiet ze wschodu, mimo ciężkiej pracy, cały czas zarobki są korzystne.
„Wytrzymam może jeszcze rok, potem wracam do kraju” - z przekonaniem mówi pani Bożena. Jednak po powrocie do Polski może się okazać, że zarobionych pieniędzy nie jest tak dużo, a i wracać nie ma już do kogo.
Maciej Zasada*
Po raz pierwszy artykuł został opublikowany w serwisie www.infotuba.it
Maciej Zasada jest laureatem Europejskiej Nagrody dla Młodych Dziennikarzy 2009 zorganizowanego przez Dyrekcję Generalną ds. Rozszerzenia Komisji Europejskiej we współpracy ze stowarzyszeniem młodych dziennikarzy European Youth Press1 oraz Café Babel. W konkursie uczestniczyli młodzi dziennikarze z UE oraz kandydujących do członkostwa w UE lub potencjalnych kandydatów na członków: Albanii, Bośni i Hercegowiny, Chorwacji, Byłej Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii, Czarnogóry, Serbii oraz Kosowa i Turcji. Felieton „Bliskim lepiej nie mówić” ze względu na niezwykłą oryginalność w ujęciu jurorzy ocenili najwyżej.










