Magazyn - Nasz Swiat
21
So, październik

Jak (i czy w ogóle) odmieniać włoskie imiona i nazwiska w języku polskim? Dlaczego powinniśmy chronić końcówki fleksyjne? Jak sobie radzić z obcymi nazwami własnymi w naszym języku? Nurtowały Was kiedyś te pytania? Spróbuję na nie odpowiedzieć.

Ostatnimi czasy w języku polskim da się zauważyć niepokojące zjawisko: Polacy coraz częściej przestają odmieniać nazwy własne zaczerpnięte z innych języków. Wynika to zapewne po części z lenistwa, ale bez wątpienia także z wpływu, jaki na nasz język mają dzisiaj zachodnioeuropejskie języki niefleksyjne. Przyzwyczajamy się powoli, nieświadomie, do form mianownika, a polska końcówka przypadków zależnych, “doczepiona” do angielskiego czy włoskiego nazwiska, zaczyna nam zwyczajnie “zgrzytać”. Jeżeli zaczynacie sami odczuwać to zjawisko, to postarajcie się z tym walczyć. Nieodmienianie obcych nazwisk jest błędem, i to sporym. Spróbuję to wyjaśnić i zilustrować przykładami. 
 
Dlaczego odmiana jest potrzebna
 
Nagminne łamanie norm odmienności wyrazów może być powodem nieporozumień. Język polski jest językiem fleksyjnym, zawsze nim był i, miejmy nadzieję, takim pozostanie. Sami musimy jednak o niego dbać. Już małymi krokami zanika nam wołacz. Nie pozwólmy, aby to samo stało się z innymi przypadkami. W przeciwieństwie do języków pozycyjnych (np. angielskiego), gdzie ważną rolę odgrywa szyk zdania, w językach fleksyjnych końcówki nadają wyrazom określoną funkcję w zdaniu.

Limeryk - niby nic, a cieszy. Chyba taka właśnie powinna być definicja tej krótkiej anegdoty lirycznej - zwięzła i nieco zaskakująca, jak sam limeryk. Nie podaję tu objaśnień encyklopedycznych, bo każdy może sprawdzić je we własnym zakresie. Mnie chodzi o coś innego. Jest kilka reguł, które nadają limerykom ich specyficzną formę, ale nie zawsze są one w równym stopniu respektowane. Najważniejsza jest idea.
Limeryk jest przede wszystkim grą, zabawą, która sprawia przyjemność nie tylko czytelnikowi, ale także (a może w szczególności!) autorowi. Dla mnie jest on naprawdę ciekawym ćwiczeniem intelektualnym, które polecam każdemu. Daje ono wiele satysfakcji oraz poczucie, że jest się osobą kreatywną. Ciekawe uczucie, a przy tym bardzo łatwo osiągalne! Wystarczy napisać limeryk. Niby nic, a cieszy!

Od razu chcę zaznaczyć, że nie są najważniejsze tzw. walory artystyczne takiego "dzieła". Każdy może pisać limeryki, a one mają za zadanie przede wszystkim cieszyć autora. Dlatego się je pisze. Wielu sławnych poetów nie przyznawało się do pisania limeryków. W takim razie dlaczego je w ogóle pisali? Bo im to sprawiało po prostu przyjemność! Tak właśnie ma być. Każdy może pisać limeryki, niezależnie od własnych zdolności. Wystarczą chęci.

Jeżeli tak do tego podejdziemy, to każdy limeryk przez nas napisany może być dobry. Wystarczy, że śmieszy lub bawi nas samych. Tyle! Każdy ma inne poczucie humoru, więc nie ma co się przejmować opinią innych. Najważniejsze, żebyśmy sami czerpali przyjemność z tego aktu twórczego. A może kiedyś uda się nam stworzyć coś naprawdę dobrego? Nie dowiemy się, jeśli nie spróbujemy. Nic nas to nie kosztuje. Piszmy choćby dla siebie.

Ja widzę to w ten sposób. Limeryk jest ćwiczeniem przyjemnym i relaksującym. Nie może być zbędnym wysiłkiem. Ja na przykład piszę limeryki przy herbacie. Właśnie tak! Kubek herbaty i kartka papieru. Łyk za łykiem, słowo za słowem. Zazwyczaj udaje mi się skończyć limeryk przed ostatnim łykiem herbaty. Ile więc może to zająć? Od 5 do 10 minut, powiedzmy. Nie więcej. Czasem kończę przy drugiej filiżance, albo następnego dnia. Kończę, ale nie poprawiam. Nie lubię poprawek, bo poprawki wiążą się z niepotrzebnym wysiłkiem, a dla mnie pisanie limeryków ma być przyjemnością. Oczywiście to tylko moje podejście. Każdy robi jak uważa. I już, to wszystko. Limeryk gotowy. Niby nic, a cieszy! Spróbujcie sami!

Zdaję sobie sprawę, że ten wstęp był nieco przydługi, ale wybaczcie - nie miałem czasu go skrócić. Co chciałem napisać? A, tak: co jakiś czas będę tutaj publikował właśnie takie miniatury literackie o różnej tematyce, także jako komentarz aktualnych wydarzeń. Czasem będą lepsze, czasem gorsze, czasem zupełnie do niczego. Najważniejsze jest jednak, aby ich pisanie sprawiało mi przyjemność. A kto wie - może dziwnym trafem komuś z was przypadną do gustu? Warto spróbować.

Na początek limeryk, który napisałem dziś (oczywiście przy herbacie!) jako mini komentarz do niedawnego wystąpienia pewnego znanego włoskiego polityka. Kto wie o kogo chodzi?

Pewien polityk z Wiecznego Miasta
tak do wyborców zwrócił się: “Basta!
Jestem altruistą
i oddam wam wszystko!
Oprócz władzy – rzecz jasna.”

Adrian Mroczek

Skąd w języku polskim wzięła się ta - skądinąd dość zabawna - nazwa kraju, który na całym świecie znany jest jako “Italia”? Czy rzeczywiście (jak sądzą niektórzy) ma ona coś wspólnego z owłosieniem, może ma związek z królową Boną, a może wyjaśnienia tej zagadki powinniśmy szukać zupełnie gdzie indziej, na przykład w dalekiej Walii? Brzmi mało prawdopodobnie? Zapraszam do lektury.

Zapewne większość z nas zadała sobie kiedyś pytanie: dlaczego w języku polskim ojczyznę Petrarki określamy dziwacznym terminem Włochy? Wszak w znakomitej większości języków, począwszy od tych najbliższych nam - słowiańskich, po te najbardziej egzotyczne, nazwa tego kraju jest mniej lub bardziej zniekształconą formą słowa Italia. Co więcej, sami czasem używamy tego ostatniego wyrazu w różnych kontekstach, nie jest więc ono dla nas czymś absolutnie nieznanym! Dlaczego więc Włochy, a nie Italia?

Etymologia oparta na legendach

Różnie tłumaczy się etymologię tego słowa. Utarło się mówić, że nazwa ta została nadana mieszkańcom Półwyspu Apenińskiego ze względu na ich bujne czupryny oraz ciemne i gęste owłosienie. Ile może być w tym prawdy? Może wiele osób rozczaruję, ale pewnie tyle samo, co w stwierdzeniu, że bracia Lech, Czech i Rus naprawdę założyli wszystkim znane państwa słowiańskie. Rozwiązanie to najprostsze i najbardziej, chyba, rozpowszechnione, ale, jak to często bywa w takich wypadkach, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Istnieją i inne “teorie” z pogranicza legendy i anegdoty na ten temat, ale przytoczę jeszcze tylko jedną z nich, która wydała mi się zabawna. Otóż, zgodnie z podaniem, podczas pierwszych dni pobytu królowej Bony Sforzy w Polsce, jej świta, która wraz z nią przybyła z dalekiej Italii, komentowała wszystko, co Polacy raczyli jej pokazać, słowami “o sì, o sì!”. Tym sposobem przylgnęło do nich określenie “Osi”, które z czasem przeszło w znaną dzisiaj nazwę Włosi. Sympatyczne, prawda?

Czytaj także: Perché in polacco „Italia” si dice „Włochy”?

Prawdziwe pochodzenie terminu „Włochy”

Prawdziwa etymologia słowa Włochy w języku polskim nie jest skomplikowana, ale może być dla niektórych rozczarowująca. Z doświadczenia wiem, że Polakom jednak bardziej podobają się powyższe legendy niż jakiekolwiek tłumaczenia naukowe. W każdym razie, przechodząc już do konkretów, w grę wchodzi tutaj stary mechanizm nadawania nazwy danemu państwu na podstawie określeń jednego z plemion, które historycznie jego teren zamieszkiwało. Jeżeli przyjrzymy się bliżej temu zjawisku, zauważymy, że np. nazwa Polska pochodzi od zachodniosłowiańskiego plemienia Polan, francuska nazwa Niemiec brzmi Allemagne ze względu na starogermański związek plemienny Alemanów, Węgrzy nazywają nas Lengyel (pamiętacie Lędzian?), a nam zdarza się nazywać ich Madziarami, czyż nie? Tak samo sprawa wygląda z naszymi Włochami.