Ostatni dzień lat osiemdziesiątych! Następnego dnia dla Artura i Jacka miało zacząć się nowe życie -“ZACHÓD”. Wyjechali z kilkunastoma dolarami w kieszeni… Zanim dotarli do Włoch przejechali pół Europy.
Pierwszy etap: Austria
Pociąg wjechał na dworzec południowy w Wiedniu około 20.00, brakowało cztery godziny do północy. Ostatni dzień lat osiemdziesiątych! Jutro miało zacząć się nowe życie -“ZACHÓD”. Ja i Jacek mieliśmy po kilkanaście dolców w kieszeni. Cud, że udało nam się wjechać do Austrii, choć nie była potrzebna wiza, ale trzeba było pokazać, że się posiada co najmniej 300 dolarów. Ja miałem 17 dolarów, które pożyczyłem od siostry, Jacek miał mniej więcej tyle samo w szylingach. Celnikowi powiedzieliśmy, że jedziemy tylko zobaczyć jak się świętuje nowy rok w Wiedniu i wracamy do Polski. Łyknął kit i w ten sposób udało nam się wjechać do Austrii.
Kilka miesięcy wcześniej
Parę miesięcy wcześniej złożyłem wniosek o paszport. W druczku wpisałem tylko kraje socjalistyczne, będąc przekonany, że ze względu na nieodsłużone wojsko nie dostanę paszportu na wszystkie kraje świata. Urzędnik (milicjant) powiedział mi, żebym napisał “wszystkie kraje świata” - Tyle samo kosztuje, po co masz pan dwa razy płacić - powiedział.
Byłem przekonany, że i tak sprawdzą, że nie byłem w wojsku i z pewnością nie dostanę paszportu na cały świat. Kiedy jednak pojechałem po jego odbiór i otworzyłem, nie wierzyłem własnym oczom: “WSZYSTKIE KRAJE ŚWIATA”.
Natychmiast zacząłem planować wyjazd, początkowo do Austrii - bo był to wtedy jedyny kraj, który nie wymagał wiz od Polaków. O Włochach nawet nie śniłem i gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że staną się moim nowym domem pewnie bym nie uwierzył.
Nowy rok...
Nowy rok i nowe dziesięciolecie przywitane w Wiedniu to były naprawdę piękne chwile: setki ludzi na ulicach, wszyscy z szampanem w ręku. Obce osoby podchodziły do nas, składając życzenia, częstując szampanem (my też mieliśmy butelkę). Ulice i sklepy pięknie ozdobione, wykładzina na chodnikach, sztuczne ognie - wszystko było dla nas nowe. Nasze jedyne pieniądze wydaliśmy prawie wszystkie na pocztówki i znaczki do Polski. Wszyscy musieli się dowiedzieć, że się nam udało. Jeszcze na dworcu w Wiedniu poznaliśmy Polaków, którzy już byli w Wiedniu od paru tygodni. To od nich dostaliśmy namiary, gdzie można zjeść śniadanie, obiad i kolację. Każdy posiłek w innym miejscu, ale jedzenie było bardzo dobre - a mówią, że na Zachodzie to zdechniesz z głodu... Muszę przyznać szczerze, że pomimo przeżytych wielu trudnych chwil, nigdy nie poszedłem spać o pustym żołądku.
Wikt i opierunek
Polacy, którzy “mieszkali” na dworcu robili też obchód wieczorem po piekarniach i przynosili cały worek pieczywa zdeformowanego, które było odrzucane. Jedzenia nam nie brakowało. A jeśli ktoś miał chęć na piwo, wystarczyło pozbierać po dworcu trochę butelek (większość była za kaucją). W supermarketach były automaty do odbioru butelek; automat wydawał paragon, którym można było zapłacić w kasie za zakupiony towar i odebrać ewentualnie resztę. Ponieważ plecaki trzymaliśmy w przechowalni automatycznej, trzeba było zawsze zebrać trochę butelek, żeby ją opłacić, w ten sam sposób zarabialiśmy na prysznic.
Przełomowy moment
W Wiedniu była “stójka” tzn. miejsce, gdzie Polacy i nie tylko, czekali na ewentualnych pracodawców, zaczęliśmy tam jeździć codziennie rano, ale o pracę było bardzo trudno. Zazwyczaj załapywali się ci, którzy znali w miarę język. Ja, co prawda, uczyłem się w Polsce języka niemieckiego przez rok czasu, ale od czasów podstawówki niewiele mi w głowie pozostało. Pewnego dnia, podjeżdża samochód i zatrzymuje się dokładnie przede mną. Nie bardzo rozumiałem co ten facet do mnie mówił, ale powtarzałem tylko - JA JA JA. Jacek też nie wiedział o co chodzi, wepchnąłem go siłą na tylne siedzenie i sam wsiadłem z przodu widząc dziesiątki Polaków, którzy biegli w naszą stronę. PRACA BYŁA NASZA. PIERWSZA NA ZACHODZIE. Robota była bardzo łatwa, mieliśmy rozładować furgon pełen jakiś dokumentów i znieść je do piwnicy. Później zawieźli nas do jakiejś hurtowni, było parę worków z kakao rozwalonych, mieliśmy pozbierać co się da i przesypać do nowych worków. Muszę przyznać, że Austriacy są czyści, to co było na ziemi kazali wyrzucić. We Włoszech z pewnością daliby nam miotłę i kazali zebrać wszystko, co do grama. To była nasza pierwsza i ostatnia praca w Austrii. Policja robiła nagonki na obcokrajowców i nie było łatwo. Spaliśmy zazwyczaj w kiblach dworcowych, czasami na wagonach, ponieważ na poczekalni było najtrudniej.
Z pamiętnika emigranta…
Pewnego dnia siedzimy w poczekalni, poczekalnie na dworcu południowym to dwa kwadraty kompletnie oszklone na środku holu. Można je obejść wkoło i widać wszystkie osoby, które tam przebywają. W pewnym momencie wchodzi tam kobieta, na oko mogła mieć 20-25 lat, kompletnie przemoczona. Styczeń, na zewnątrz parę stopni mrozu, zrobiło mi się jej żal, pomyślałem, że ktoś chyba zrobił jej głupi żart. Płakała. Zaczęła się rozbierać – ruch w poczekalni i wokół kompletnie zamarł (mniej więcej jak w bajce o śpiącej królewnie). Dziewczyna rozebrała się kompletnie do naga, rozwiesiła ubrania na fotelach po czym, wyjęła koc, owinęła się nim i usiadła. Spektakl prawdopodobnie powtórzył się parę godzin później, kiedy się ubierała, ale nas już tam nie było. W związku z tym, że życie w Wiedniu stawało się coraz trudniejsze postanowiliśmy jechać do Insbrucka….
Z pamiętnika emigranta…
W Wiedniu poznaliśmy innych Polaków i jednego Czecha (imion już nie pamiętam). Jeden z Polaków wyszedł na 5-cio godzinną przepustkę z więzienia i uciekł z Polski przez las. Do Austrii przepłynął przez Dunajec (w styczniu), miał ze sobą tylko dowód osobisty i wybierał się do Francji do legii cudzoziemskiej. W Polsce siedział za handel walutami, potrafił robić niesamowite sztuczki obracając w palcach banknoty i był w stanie oszukać każdego. Czech też niezły talent, dezerter, uciekł z wojska, też w trakcie przepustki. W Wiedniu kradł wciąż po sklepach (ubrania, jedzenie, co się dało. W ogóle się nie bał i nikt nigdy go nie przyłapał. Z twarzy wyglądał bardzo niewinnie, zawsze uśmiechnięty i miły. Nikt by go nawet nie podejrzewał o złodziejstwo. Jedyny dokument jaki posiadał, to bilet miesięczny. Pozostałych dwóch chłopaków dobrze nie pamiętam, może jedynie to, że jeden z nich nie miał ukończonych jeszcze 18 lat.
Droga do Insbrucka
Wyjechaliśmy 23 stycznia w sześciu. Wsiedliśmy w pociąg, który jechał do Inbrucka oczywiście na gapę i rozdzieliliśmy się na grupki po dwóch, żeby się za bardzo nie rzucać w oczy. Kiedy pociąg zatrzymywał się na jakiejś stacji patrzyliśmy, z którego wagonu wysiada kontroler i staraliśmy się przejść szybko do wagonów, które już skontrolował. To był dobry sposób, ale w końcu mnie i Jacka przyłapał i wysadził nas z pociągu w Salzburgu. Pozostałej czwórce udało się dojechać bez problemu do Insbrucka…
…Było gdzieś około północy i zanim udało nam się wyjść na drogę prowadzącą do Insbrucka była już druga w nocy. O tej godzinie było mało prawdopodobne móc złapać jakąś okazję, ale my mieliśmy ogromne szczęście i już po paru minutach zatrzymał się samochód prowadzony przez księdza, który powiedział, że jedzie właśnie do Insbrucka. Jacek tylko usiadł na tylnym siedzeniu i od razu usnął. Ja usiadłem z przodu starając się, na ile mogłem, rozmawiać z kierowcą. Po paru minutach, ksiądz poprosił mnie o nasze paszporty. Pomyślałem, że może jest trochę nieufny, lub się boi i dałem mu je. Po chwili ujrzałem z dala szlaban na drodze z tablica ZOLL na środku. Ksiądz wystawił paszporty przez okienko bez zatrzymywania się, szlaban się podniósł i pojechaliśmy dalej. Zapytałem się go od razu co to było.
- Granica – padła odpowiedź.
- Jaka granica – zapytałem - przecież jesteśmy w Austrii?!?
- Teraz jesteśmy na terytorium Niemiec - odpowiedział, po czym wytłumaczył mi, że jadąc kilkanaście kilometrów przez Niemcy, droga do Insbrucka jest krótsza o kilkadziesiąt kilometrów.
I rzeczywiście po kilkunastu minutach dojechaliśmy z powrotem do granicy austriackiej. Tym razem jednak Niemcy zatrzymali samochód i zaczęli sprawdzać dokumenty. Powiedzieli, że nie możemy przebywać na ich terytorium bez wizy. Ja i ksiądz bezskutecznie staraliśmy się wytłumaczyć im, że tylko przejeżdżamy przez Niemcy. Kazali nam wysiąść. Jacek przez cały ten czas spał i możecie sobie wyobrazić jego zdumienie, kiedy się dowiedział, że jesteśmy w Niemczech. Przez dobrą chwilę nie mógł załapać o co chodzi. Niemcy sprawdzili dokładnie nasze dokumenty i w końcu zadecydowali, że jednak będzie najlepiej jeżeli nas odeślą z powrotem do Austrii. Teraz znów Austriacy zaczęli dokładnie kontrolować nasze dokumenty, zapytali również, czy mamy pieniądze. Naturalnie nie mieliśmy przy sobie ani grosza. Po jakimś czasie zadecydowali, że nas nie wpuszczą. Sytuacja była naprawdę groteskowa. Trzecia w nocy i my stoimy na samym środku pasa granicznego, nie wiedząc co robić - iść może po pasie granicznym na przykład do Czech??? Ha, ha, ha…
Po paru minutach jednak Niemcy zdecydowali, ze zawiozą nas do aresztu w Unken i rano zdecydują co z nami zrobić. Jacek zaczął się trochę martwić w areszcie, ale powiedziałem mu żeby spał na razie, jak ma pierwszą od wyjazdu okazję spać na pryczy i pod kocem. Jutro może już nie być takich luksusów – pomyślałem. Rano Niemcy nas przesłuchali i zdecydowali się na kupno nam biletów do Polski. Jadąc z nimi na dworzec myśleliśmy, że do pociągu razem z nami wsadzą strażnika, który będzie miał nas odwieźć do samej granicy. Zaczęliśmy już planować, w jaki sposób powtórnie wyjechać z Polski. Jacek mówił, że ma dość bogatą ciotkę w Warszawie i zamierzał od niej pożyczyć pieniądze na wyjazd. Policjanci kupili nam bilety, wsadzili nas do pociągu i pożegnali. Pociąg ruszył, spojrzałem na Jacka a on na mnie. - Oni naprawdę wierzą, że my pojedziemy do Polski?!? - powiedzieliśmy prawie jednocześnie i wybuchliśmy śmiechem. Chcieliśmy wysiąść już na pierwszej stacji, ale później pomyśleliśmy sobie, że skoro już jesteśmy w Niemczech wypadałoby przynajmniej zwiedzić jakieś miasto. Pociąg jechał do Monachium i zdecydowaliśmy się tam dojechać, a później wrócić.
Monachium
W Monachium zostawiłem Jacka na poczekalni z bagażami i powiedziałem, że zaraz wrócę. Przyszedł mi do głowy świetny pomysł. Poszedłem do kasy biletowej i wytłumaczyłem (na ile mogłem), że spotkaliśmy z kolegą znajomych, którzy jadą do Polski samochodem i chcieliśmy zwrócić bilety.
W kasie nie robili wielkich problemów, odliczyli część trasy, którą już przejechaliśmy i wypłacili mi 365 marek. TO BYLA KUPA KASY!!!. Kiedy Jacek zobaczył pieniądze wyesklamował: -Ukradłeś. Zacząłem się śmiać i wytłumaczyłem mu, skąd je wziąłem. Zostawiliśmy bagaże w przechowalni i wyruszyliśmy na miasto. “Zwiedziliśmy” prawie wszystkie piwiarnie jakie spotkaliśmy po drodze. Monachium jest piękne. Wysłaliśmy do Polski mnóstwo widokówek (większość z blondynką i kuflem piwa), ja wysłałem siostrze 40 marek (dług). Zrobiliśmy tyle zakupów ile mogliśmy zmieścić do plecaków. Ceny żywności w tamtych czasach były naprawdę śmieszne, kupiliśmy sobie nowe buty (obowiązkowo adidas - kosztowały zaledwie 20 marek) i dobry atlas drogowy oraz kompas.
Garmisch Partenkirchen
Zadecydowaliśmy, by nie jechać na tą samą granicę, lecz w okolice Garmisch Partenkirchen, stamtąd było o wiele bliżej do Insbrucka. Pewien młody chłopak podwiózł nas na autostradę, na stacje serwisową tłumacząc, że na autostradzie nie można robić autostopu. Poprosił właściciela stacji, aby pytał tankujących o podwiezienie nas. Około drugiej w nocy zatrzymało się małżeństwo po sześćdziesiątce, które zgodziło się nas podwieźć. Mężczyzna wysiadł i powiedział, że dalej poprowadzi żona bo ona wolniej jeździ (?). Całe szczęście, że nie prowadził on, bo jeśli żona jechała całą drogę 220 km/h, to wolę nie myśleć z jaką prędkością jechałby ten facet. Wysadzili nas w Garmisch i stamtąd żołnierze wracający z przepustki podrzucili nas do Mittenwald, gdzie zamierzaliśmy przekroczyć granicę z Austrią.
Znowu w Austrii...
Po krótkim posiłku w budce telefonicznej, wyszliśmy na drogę w kierunku granicy. Zamierzaliśmy obejść ją lasem i wrócić z powrotem na drogę po drugiej stronie. Mapę mieliśmy bardzo dokładną. Przeszliśmy zaledwie 50 metrów i na wprost nas wyjechał samochód policyjny .Co za pech! Skręciliśmy od razu w pierwszą ulicę w prawo, ale jak można było przewidzieć, że oni skręcą za nami? Wyprzedzili nas, zajechali drogę i wyskoczyli z samochodu z pistoletami w ręku. Ręce na samochód, nogi szeroko rozstawione, jak w filmach amerykańskich - zażartowałem do Jacka, ale prawdę mówiąc nie było mi do śmiechu. Zawieźli nas do aresztu do Garmisch i powiedzieli, że rano zadecydują, co z nami zrobić. Drugą noc z rzędu na wyrze i pod kocem.
Przesłuchanie
Nazajutrz Niemcy wezwali na posterunek Polaka, który mieszkał na stałe w Garmisch, żeby tłumaczył nasze zeznania. Wypytali nas o wszystko, łącznie o całą rodzinę w Polsce. Co kto robił, gdzie pracował, czy byli komunistami... Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież w Polsce komunizm juz upadł. Przesłuchiwali nas bardzo długo. Odkryli również, że mieliśmy już kupione bilety do Polski. Aby móc się wytłumaczyć, powiedzieliśmy im, że zaspaliśmy w pociągu i ukradli nam portfel, w którym były również bilety. Niemcy stwierdzili, że po raz drugi nie mogą nam kupić biletów, ale jedynie wystawić nam 48-godzinną wizę na powrót do Polski. Zapytali nas jaką drogą chcemy wracać do Kraju, odpowiedzieliśmy, że przez Insbruck (to mniej więcej tak, jak jechać z Rzymu do Mediolanu przez Neapol). Policjanci trochę się z tego śmieli, ale zrobili tak jak chcieliśmy. Polak, który tłumaczył powiedział nam żebyśmy lepiej nie kombinowali z przejściem granicy na czarno. Powiedział, że wystarczy wsiąść w lokalny pociąg (żaden dalekobieżny), który jedzie do Insbrucka. Okazało się, że tymi pociągami jeżdżą jedynie narciarze i dlatego nigdy nie ma kontroli celnej.
Znowu w drodze... do Insbrucka
Po wyjściu z posterunku poszliśmy najpierw na piwo do baru naprzeciwko. Policjant, który nas przesłuchiwał zobaczył nas przez okno, pozdrowiliśmy go z kuflem w ręku. On pogroził nam ręką i pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć: “typowi Polacy”. Po piwku poszliśmy na stację kolejową i kupiliśmy bilety do Insbrucka (mieliśmy jeszcze sporo pieniędzy z Monachium). Pociąg jechał przepiękną trasą, bardzo wysoko w górach, nigdy bym się nie spodziewał, że pociąg może wspinać się pod takie strome podejścia.
Widok z góry na Alpy, Insbruck i inne miasteczka zapierał dech w piersiach. Powietrze było przejrzyste i widać było na dziesiątki kilometrów wokół nas. Trasa co chwilę przebiegała przez tunel. Były one bardzo krótkie, ale naliczyliśmy ich kilkadziesiąt (w tej chwili już nie pamiętam ile). Kiedy dojechaliśmy do Insbrucka zaczekaliśmy na dworcu do umówionej wcześniej godziny (wyjeżdżając z Wiednia umówiliśmy się z innymi Polakami, z którymi rozpoczęliśmy podróż, że w razie czego spotkamy się o umówionej godzinie na dworcu w Insbrucku dzień lub dwa później). Mieliśmy z nami bagaż jednego z chłopaków, którym udało się dojechać do Insbrucka.
Insbruck
Przyszli punktualnie i kiedy opowiedzieliśmy im nasze przejścia słuchali z otwartymi ustami. Zwiedziliśmy miasto, bardzo piekne, typowo górskie. Świetne szyldy nad sklepami, zazwyczaj zrobione na niewyheblowanej desce zawieszonej na łańcuchach, podobnie jak lampy; lub ceramiczne, wypukłe w kształcie herbu. Również z Insbrucka wysłaliśmy pocztówki do Polski. Chłopacy w międzyczasie znaleźli wszystkie namiary, gdzie można coś zjeść, później znaleźliśmy schronisko młodzieżowe, gdzie można się było przespać. Właścicielowi schroniska powiedzieliśmy, że nie mamy pieniędzy, a on stwierdził że na zachodzie kto nie ma pieniędzy musi pracować i powiedział, że będziemy mogli się przespać, jeżeli pozamiatamy i zmyjemy parkiet na sali gimnastycznej. Zajęło nam to jakieś dwie godziny, ale przynajmniej ZNÓW spaliśmy na łóżku (TRZECI DZIEŃ Z KOLEI). Mogliśmy nawet wziąć prysznic, co prawda w lodowatej wodzie, ale to już coś. Zjedliśmy również świetną kolację, pierwszy raz w życiu jadłem wtedy polentę.
Myśl o Hiszpanii
Rozmawiając z Polakami, dowiedzieliśmy się, że w Hiszpanii jest łatwo o pracę i do tego można jeszcze dostać pozwolenie na pobyt. Nie pamiętam, czy zastanawialiśmy się nad tą opcją 5 sekund czy 5 minut, ale z pewnością nie więcej. JEDZIEMY DO HISZPANII!!!. Ale jak??? Inny Polak powiedział nam że pociąg, który jeździ rano do Brennero, wozi jedynie narciarzy i że nie ma tam kontroli granicznej (podobnie jak z Garmisch do Insbrucka).
Nazajutrz rano za ostatnie pieniądze kupiliśmy bilety i godzinę później wysiedliśmy z pociągu w Brennero. To było absurdalne, w Polsce ludzie stawali na głowie żeby dostać wizę do jakiegokolwiek kraju, płacili łapówki, szukali znajomości, a my sobie przejeżdżamy z kraju do kraju, jakby w ogóle nie istniały granice.
Przeprawa przez Włochy
Był 27 styczeń i byliśmy we Włoszech (dokładnie dwa lata później urodziła się moja pierwsza córka). Pomyślicie - koniec opowiadania… nic z tego, ponieważ w tym momencie byłem skierowany do Hiszpanii. Chociaż cieszyłem się będąc we Włoszech, jeszcze wtedy nie myślałem, że staną się one moim domem. W Brennero, żeby nie rzucać się w oczy, znów rozdzieliliśmy się na dwójki i wyruszyliśmy szybko w trasę pieszo, aby jak najszybciej oddalić się od granicy. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie na dworcu głównym w Bolzano. Cały pierwszy odcinek – do Bressanone – przeszliśmy na nogach.
Z dziennika emigranta
Wchodząc wieczorem na stację kolejową w Bressanone zauważyliśmy kilka samochodów zaparkowanych blisko siebie, a przy nich grupkę młodzieży. Na jednym z dachów samochodów zamontowany potężny magnetofon stereofoniczny z muzyką na cały gaz. Wtedy jeszcze nie istniały mp3 i było w modzie słuchać muzyki w ten sposób (ta moda przyszła ze Stanów). W Polsce obce osoby z trudnością przeszłyby obok takiej grupki bez jakiejś zaczepki czy bójki, więc na ich widok trochę się przestraszyliśmy.
Byłem przekonany, że za chwilę nam się nieźle oberwie. Ale już się nie mogliśmy wycofać - przeszliśmy powoli obok nich, ku naszemu olbrzymiemu zdumieniu pozdrowili nas słowem “ciao” i zaczęli się wypytywać skąd jesteśmy, gdzie się wybieramy itd. Znali trochę niemiecki, więc w miarę udało nam sie z nimi dogadać.
Pochwaliliśmy ich sprzęcicho, co ich bardzo ucieszyło, pożegnaliśmy i poszliśmy na pociąg. Dojechaliśmy na gapę do Bolzano, ale pozostałej czwórki jeszcze tam nie było.
Bolzano
Pochodziliśmy trochę po mieście, wszystkie małe uliczki były wyłożone wykładziną, bardzo czyste i zadbane miasto. Łatwo się było dogadać, bo wszyscy znali niemiecki. Udało się nam znaleźć Caritas, gdzie mogliśmy przenocować. To było niesamowite, czwarta z kolei noc w łóżku. Rano zjedliśmy porządne śniadanie (mięsiwo gotowane).W dalszą podróż wyruszyliśmy pociągiem, wciąż na gapę.
Udało nam się dojechać do Mezzocorona i następnym pociągiem do Ala. Czasami kontroler nas przyłapywał i wysadzał z pociągu, ale nie bardzo się tym przejmowaliśmy, ponieważ wsiadaliśmy wtedy w następny i jechaliśmy dalej.
Z pociągu na autostop
Z Ala do Verony dojechaliśmy autostopem. Zabrał nas chłopak w naszym wieku, który słuchał muzyki i właśnie o niej “rozmawialiśmy” przez całą drogę. Do Verony dojechaliśmy bardzo późno i nie było czasu szukać jakiegoś noclegu, więc znaleźliśmy parę kartonów (w przejściu podziemnym były prowadzone jakieś roboty, pamiętam stały tam jakieś skrzynie, więc ułożyliśmy się z tyłu, tak że nie było nas w ogóle widać.
Noc minęła spokojnie i rano czekała nas dalsza podróż…Z dziennika emigranta…
Nazajutrz po pobieżnym zwiedzeniu miasta, wyruszyliśmy w dalszą podróż. Chcieliśmy dotrzeć tego dnia do Mediolanu. Czekała nas niesamowita niespodzianka - strajk kolejarzy. Po dziesięciu latach strajków w Polsce było to jak wylądować z deszczu pod rynnę. Byliśmy zaskoczeni, że na “zachodzie” też strajkują.
Teraz po przeszło 18 latach pobytu we Włoszech wiem, że w ich wypadku strajk to jest po prostu rytuał, który należy powtarzać regularnie co 2-3 miesiące (raz kolejarze, raz kierowcy autobusów i tramwajarze, a kolejnym razem pracownicy lotnisk).
Werona-Mediolan
Wracając do nas, w zastępstwie pociągu tego dnia podstawiono na stację autobus, który jechał do Bresci, gdzie należało się przesiąść na drugi autobus żeby dojechać do Bergamo. I tutaj powstał dla nas duży problem, ponieważ w pociągu było dość łatwo ukryć się przed konduktorem, spacerując np. tam i z powrotem, używając toalety itd.
W autobusie było to niemożliwe. Pomimo tego postanowiliśmy wsiąść, licząc na to, że w najgorszym przypadku zawsze jakieś parę kilometrów przejedziemy. Poza tym pomyśleliśmy, że kontroler widząc nas, pomyśli, że skoro wsiedliśmy do autobusu, nie mając żadnej możliwości ukrycia się gdziekolwiek, to znaczy że z pewnością mamy bilety. Nie wiem czy nasze rozumowanie było słuszne, czy po prostu kontroler też strajkował, w każdym bądź razie nie było żadnej kontroli i udało nam się szczęśliwie dojechać najpierw do Bresci a później do Bergamo. Z Bergamo był jeden pociąg do Mediolanu i dojechaliśmy (wciąż na gapę, ale planowo) na dworzec główny około 18.30. Po dwóch dniach rozłąki spotkaliśmy się w Mediolanie z pozostałą czwórką chłopaków, którzy wyjechali razem z nami z Wiednia. Oni dotarli tam parę godzin wcześniej, używając również różnych środków lokomocji. Zdążyli się już dowiedzieć gdzie jest Caritas, w którym można coś zjeść i więc zaraz po przyjeździe poszliśmy razem na kolację. Przed Caritasem spotkaliśmy polskiego księdza, który dał nam po 1000 lirów (starczyło na bułki nazajutrz).
A może Legia Cudzoziemska?
Stołówka w Caritasie była potężna, kilkaset miejsc. Można tam było spotkać ludzi wielu narodowości z całego świata. Wieczorem pokręciliśmy się trochę po Mediolanie i poszliśmy spać na dworzec. Ze względu na strajk na dworcu było mnóstwo ludzi i pozwolono wszystkim pozostać tam na noc. Spaliśmy na posadzce, było bardzo niewygodnie, ale chociaż ciepło. Ten facet, który uciekł z Polski w trakcie przepustki z więzienia (o osobie tej Artur wspominał w części II jego historii, która została opublikowana w sierpniowym numerze naszego pisma, przyp. red.) postanowił jechać do Francji do Legii Cudzoziemskiej i namówił do tego również dwóch pozostałych Polaków, którzy byli z nami. Wyjechali jeszcze tego samego wieczoru. Czech zdecydował, że pojedzie z nami do Hiszpanii. Część drogi mogliśmy jeszcze przebyć wspólnie, ale żeby się za bardzo nie rzucać w oczy, wyjechaliśmy na drugi dzień rano.
Genua: turyści przez jeden dzień
Następnym etapem naszej podróży była Genua, dokąd dotarliśmy bez żadnych problemów. Po dojechaniu tutaj postanowiliśmy chociaż przez chwilę być zwykłymi turystami i zwiedzić miasto, port i pojechać nawet nad morze. W mieście, zwłaszcza w starej dzielnicy bardzo nam się podobało, przeurocze wąskie i niesamowicie strome, kręcone uliczki, gdzie idąc można dotykać rękoma ścian po obu stronach wprowadziły nas w zachwyt. Duże wrażenie zrobił też na nas port, olbrzymie statki, setki dźwigów. Wyszliśmy później trochę za miasto na plażę. Widok morza Liguryjskiego uświadomił nam jak bardzo jesteśmy oddaleni od domu. Wszedłem na skały przybrzeżne żeby dotknąć chociaż ręką wody, dokładnie w tym momencie nadeszła spora fala, która rozbijając się o brzeg zmoczyła mnie kompletnie. Odebrałem to jako swego rodzaju „chrzest” w „egzotycznym” dla nas kraju… Pogoda, pomimo że był to koniec stycznia była wspaniała, dla nas to była wiosna. Ciuchy wyschły bardzo szybko, świetnie spędziliśmy dzień zapominając na chwilę o czekającej nas jeszcze podróży. Całe szczęście, że w Monachium kupiliśmy sporo wędlin i wędzonego boczku, który świetnie się konserwował. Dzięki rozsądnemu dawkowaniu jedzenia oraz częstemu (w miarę możliwości) korzystania z Caritasów i innych podobnych miejsc, do tej pory nie mogliśmy narzekać na głód. Ale nasze zapasy powoli się kończyły, mieliśmy jeszcze jedzenie na jeden dzień.
Wieczorem pochodziliśmy jeszcze trochę po centrum Genui, naprawdę nam się spodobała. Różnica tylko ta, że po zachodzie słońca kręciło się sporo nieciekawych typów, zwłaszcza w okolicach dworca i portu. W nocy było również bardzo ciepło i przespaliśmy się na ławkach przed dworcem kolejowym. Następnego dnia wsiedliśmy w pociąg, który jechał do San Remo.
Podróż do San Remo
Niestety chyba już na dworcu w Genui zostaliśmy namierzeni, ponieważ konduktor przeszedł cały pociąg i zapytał tylko nas o bilety. Udawaliśmy oczywiście, że nic nie rozumiemy i że chcemy jechać do Rzymu. On, na tyle, na ile był w stanie, wytłumaczył nam, że ten pociąg nie jedzie do Rzymu i wysadził nas w Savonie. Nie przewidział jednak, że kiedy tylko wsiądzie do pociągu, my wsiądziemy również tylko do następnego wagonu. Używając starej sztuczki z przechodzeniem z wagonu do wagonu kiedy pociąg zatrzymywał się na stacji dotarliśmy bez przeszkód do San Remo. Wysiedliśmy z pociągu w ogóle się nie kryjąc i konduktor na nasz widok najpierw zbaraniał, a później pogroził nam ręką.
Do Francji…
Postanowiliśmy zatrzymać się w San Remo do wieczora i pod ochroną nocy przedostać się do Francji. W między czasie zwiedziliśmy miasto, Czech ukradł z kiosku trochę widokówek (jedno z jego ulubionych zajęć). Mieliśmy zamiar je wysłać jak tylko to będzie możliwe. Ja miałem ze sobą walkmena, którego sprzedałem za 10.000 lirów spotkanemu w okolicach dworca murzynowi. Dzięki temu mogliśmy kupić kilka bułek i kilka piw, było to pierwsze piwko we Włoszech. Zjedliśmy ostatnie nasze zapasy, nie wiedzieliśmy co będzie jutro, ale niewiele nas to interesowało. Żyliśmy dniem dzisiejszym i jak do tej pory jeszcze nie poszliśmy spać zupełnie głodni, chociaż czasem niewiele było do jedzenia. Wyszliśmy z San Remo późnym popołudniem i dotarliśmy na pieszo do Ventimiglia, gdzie znajduje się granica z Francją. Droga, która szliśmy (via Aurelia) biegła zboczem spadającym do morza. Powyżej nas, równolegle biegła autostrada, a poniżej znajdowała się linia kolejowa. W pewnym momencie ujrzeliśmy przed nami tunel i tablice informującą, że granica z Francją znajduje się 500 metrów przed nami. Z ciekawości weszliśmy do tunelu i zbliżając się do jego końca, ujrzeliśmy punkt graniczny. Tak jak przypuszczaliśmy byli tam celnicy, nie było więc mowy o przekroczeniu jej w tym punkcie, zwłaszcza że na wjazd do Francji wymagana była wiza. Wspinać się na autostradę nie było sensu, tam też z pewnością mogliśmy się spodziewać kontroli granicznej. Przepłynąć morzem odpadało, chociaż dni były bardzo ciepłe, temperatura wody z pewnością by nam na to nie pozwoliła. Jedyna droga jaka pozostawała to linia kolejowa. Nie było wyjścia, należało zejść po stromym zboczu przez gęste zarośla do toru kolejowego.
Od wyjazdu z Wiednia po raz czwarty mieliśmy przekraczać granicę. Do tej pory odbyło się to bez większych trudności. Tym razem sytuacja była niewesoła i mieliśmy spore obawy o pozytywny finał tej imprezy.
Przeprawa do Francji
Zejście po zboczu nie należało do przyjemnych, ale w końcu trochę obdrapani zeszliśmy do linii kolejowej. Tak jak przypuszczaliśmy, wzdłuż torów kolejowych biegł rów do odpływu wody. Chyba już od dawna nie padał deszcz w tamtych stronach, ponieważ w rowie nie było ani kropli wody (na nasze szczęście). Było jedynie trochę śmieci, butelek, gałęzi itd. Nie mieliśmy jednak innego wyjścia, to była jedyna droga, którą mogliśmy przejść do Francji.
Zeszliśmy do rowu, był na tyle głęboki, że mogliśmy się posuwać do przodu na czworakach z plecakami na grzbiecie i z zewnątrz nie było nas zupełnie widać. Granica w Menton była oddalona od nas mniej więcej około kilometra, należało więc przeraczkować co najmniej ze dwa kilometry. Od dnia kiedy zacząłem chodzić jeszcze nigdy tyle nie raczkowałem...
Po mocnym oświetleniu i głosach ludzi wiedzieliśmy kiedy mijaliśmy stację w Menton. W pewnym momencie przejechał również pociąg. Hałas był taki, że wydawało się nam, że przejeżdża nad naszymi głowami. Nie pamiętam dokładnie ile czasu trwała nasza przeprawa, ale kiedy przeszliśmy na bezpieczną odległość od świateł i jakichkolwiek odgłosów, postanowiliśmy wychylić nos na zewnątrz. Wokół nas było ciemno i nie było widać nikogo. Z torów wyszliśmy szybko na ulice miasta, była 24:00 a może 1:00 w nocy. UDAŁO SIĘ – BYLIŚMY WE FRANCJI. Kolejna granica przekroczona nielegalnie.
Francja
Na ulicach był spokój, minęliśmy zaledwie kilka osób, otwarte były jedynie niektóre restauracje. Na trawniku, który przedzielał główną aleję miasta na dwa pasma, rosły drzewka mandarynkowe. Nie mieliśmy już nic do jedzenia, więc zebraliśmy trochę owoców, nie były zbyt dobre (były to mandarynki ozdobne), ale lepsze to, niż nic. Zaczęliśmy później chodzić po miasteczku w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do noclegu, nie chcieliśmy iść na stację, ponieważ byliśmy zbyt blisko granicy i nasza obecność z pewnością zostałaby natychmiast zauważona. Chodząc po miasteczku, trafiliśmy w końcu na stary dom, który wydawał się opuszczony - brakowało okien i drzwi. Meble i urządzenia domowe zostały wszystkie wyniesione z domu i leżały na stercie przed budynkiem. Weszliśmy do środka żeby rozejrzeć się za jakimś kątem do spania i żeby zobaczyć czy nie zostało przypadkiem coś do jedzenia. Przyświecając sobie zapalniczką, znaleźliśmy jeden pokój na parterze, w którym leżał na podłodze materac matrymonialny, a drzwi były zasłonięte starym kocem.
Ktoś już tutaj z pewnością spał – pomyśleliśmy - ale najważniejsze, że teraz miejsce było wolne i mieliśmy gdzie spędzić kolejną noc. Po dokładniejszym zbadaniu domu, znaleźliśmy kilka słoików z papryką konserwową. Po otwarciu jednego z nich, okazało się, że jest to papryka pikantna (bardzo pikantna). Głód jednak zaczynał nam dość bardzo doskwierać, więc popijając dużą ilością wody zjedliśmy tyle, ile mogliśmy, żeby chociaż na chwilę zapełnić żołądki. Tak rozgrzani poszliśmy spać (ciekawe co nas czeka jutro).
Poranek w opuszczonym domu
Rano obudził nas hałas na zewnątrz domu. Wychylając nos na zewnątrz, zobaczyłem że wokoło domu wrze praca.Jak się okazało dom był w trakcie remontu i wokół było mnóstwo pracowników. Nie było mowy żeby wyjść niezauważonym. Zapakowaliśmy plecaki i kiedy byliśmy gotowi, policzyłem do trzech, po czym wyszliśmy z domu. Z pewnością pamiętacie bajkę o śpiącej królewnie. Kiedy królewna zostaje ukłuta wrzecionem i zasypia – razem z nią zasypia cały dwór, każdy w takiej pozycji w jakiej się akurat znajduje.
Ta właśnie scena przyszła mi na myśl w momencie, kiedy opuściliśmy dom. Ruch na budowie praktycznie zamarł dokładnie tak jak w tej bajce, każdy zatrzymał się w miejscu, w którym się akurat znajdował. Nikt nie odezwał się ani słowem, jednemu facetowi jedynie wypadła z rąk deska, którą niósł. W takiej nietypowej scenerii opuściliśmy plac budowy i nikt nawet nie zareagował w żaden sposób. Jeszcze dziś kiedy widzę bajkę o śpiącej królewnie, przychodzi mi na myśl ta scena.
Paczka ciastek i morze wina
Z Menton wyszliśmy na drogę skierowaną do Monte Carlo. Widoki były wspaniałe, zbocze spadające do morza pokryte gęstą wegetacją. W Polsce o tej porze roku jedynie drzewa iglaste były zielone. Tutaj było mnóstwo krzewów i drzew, figi indyjskie oraz przepiękne palmy. Mniej więcej tak sobie wyobrażałem (i widziałem w filmach) kraje takie jak Włochy, Hiszpania czy Grecja. Ale co innego filmy, a co innego znaleźć się w jednym z tych pięknych miejsc naprawdę i do tego niespodziewanie, niemal przez przypadek. Byliśmy podekscytowani całą sytuacją i podróżą. Idąc drogą, po paru kilometrach, zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek na barierce przy drodze. Kiedy spojrzałem odruchowo za barierkę, w zaroślach ujrzałem paczkę ciastek. Opakowanie wydawało się nienaruszone. Kiedy wziąłem je do ręki moje spostrzeżenie się potwierdziło. Paczka była jeszcze hermetycznie zamknięta i nawet data ważności była jeszcze bardzo odległa. ZNÓW MIELIŚMY COŚ DO JEDZENIA. Menton od Monte Carlo dzieliło jakieś kilkanaście kilometrów i następną przerwę na odpoczynek zrobiliśmy przy stojącym obok drogi opuszczonym kiosku z napojami i szybkim jedzeniem.
Kiedy oparłem się o otwierane do góry okno okazało się, że jest ono otwarte i ujrzeliśmy wewnątrz porozbijane talerze i szklanki oraz porozsypywany makaron i mąkę. Postanowiliśmy wejść do środka z nadzieją na znalezienie czegoś do jedzenia. W całym pomieszczeniu panował niesamowity bałagan, ktoś porozbijał prawie wszystko co było do rozbicia i rozsypał wszystko co było do jedzenia. Nie udało nam się znaleźć kompletnie nic. W pewnym momencie spojrzałem na stojącą w rogu wysoką, wąską jednodrzwiowa szafę. Kiedy uchyliłem drzwi nie wierzyłem własnym oczom. Zawołałem chłopaków żeby pochwalić się moim odkryciem, oni także zbaranieli i wytrzeszczyli oczy: cała szafa od dołu do góry była zapełniona butelkami wina.
Nie mieliśmy nic do jedzenia, ale przecież wino ma też sporo kalorii, wiec lepsze to, niż nic. Każdy z nas wyrzucił z plecaka co tylko było można, żeby włożyć jak najwięcej butelek, otworzyliśmy sobie po jednej i popijając od czasu do czasu, ruszyliśmy (podniesieni “trochę” na duchu) w dalszą drogę.
Monte Carlo: miasto pieniędzy i przepychu
Mijając po drodze Roque Brune i Cap Martin oraz zachwycając się wspaniałymi widokami dotarliśmy do Monte Carlo (Księstwo Monaco – następne państwo, tylko że tym razem bez potrzeby przekraczania granicy). Miasto jest fantastyczne, kasyna i luksusowe hotele na każdym kroku, limuzyny i inne super-fury.
Czech znów ukradł z kiosku trochę widokówek do wysłania kiedy to będzie możliwe. Postanowiliśmy przejść się torem wyścigowym. Z pewnością większe emocje są podczas wyścigów, ale spacer jednym z najsłynniejszych torów wyścigowych Formuły 1 też zrobił na nas niesamowite wrażenie.
Po kilku godzinach spędzonych w mieście bogaczy ruszyliśmy dalej. Kilka kilometrów za miastem, minąwszy Cap d’Ail, naprzeciw nas wyjechał samochód żandarmerii. W latach osiemdziesiątych oglądałem film w kinie “Żandarm na emeryturze”, ale nie przypuszczałem, że żandarmi we Francji do dziś jeszcze noszą na głowach czapki w kształcie “rondla”. Na ich widok parsknąłem śmiechem, oni zaczęli coś wrzeszczeć, po czym zapakowali wszystkich do samochodu i zawieźli na posterunek.
Przymusowe odkażenie
Żandarmi, którzy nas wieźli na posterunek szybko zorientowali się, że pewnie dawno nie myliśmy nóg. Niestety po kilkunastu dniach podróży i wielu kilometrach przebytych na pieszo, bez możliwości ich umycia czy wyprania skarpetek efekt był taki, że czuliśmy “zapach ” naszych własnych stóp nawet idąc pod wiatr. Przed posterunkiem kazano nam zdjąć buty i skarpetki i jeden z żandarmów wodą ze szlauchu opłukał nam nogi (woda oczywiście była lodowata). Cała scena była tak groteskowa, że znów buchnąłem śmiechem i powiedziałem do chłopaków, że szkoda nie móc zrobić zdjęcia na pamiątkę. Żandarmi oczywiście się wściekli na mój śmiech i zaczęli coś krzyczeć po swojemu. Nic z tego nie rozumiałem ani się tym nie przejmowałem.
Zanim nas wpuścili na posterunek spryskali całe pomieszczenie jakimś dezodorantem, po czym zaczęli nas “przesłuchiwać”. Na ile mogliśmy, wytłumaczyliśmy im, że jedziemy do Hiszpanii, ale ponieważ skradziono nam dokumenty i pieniądze, staramy się tam dostać stopem i na pieszo. Nie wiem czy nam uwierzyli, ale przynajmniej nie przeszukali naszych bagaży. Ja “wylegitymowałem” się książeczką walutową , Jacek miał ze sobą polski dowód osobisty, a czech abonament na autobus. Po około dwóch godzinach, zdecydowali że odwiozą nas do granicy włoskiej. Wyperfumowali najpierw furgon, po czym wsadzili nas do środka i odwieźli do Menton.
Celnicy francuscy wzięli nasze “dokumenty” i wbili nam “misia” tzn. przekreśloną pieczątkę, która miała oznaczać zakaz wjazdu do Francji przez najbliższe pięć lat i oddali nas w ręce celników włoskich.
W rękach włoskich celników
Z miny jaką mieli Włosi, wywnioskowaliśmy, że nie za bardzo wiedzieli co z nami zrobić. Po paru minutach jednak wskazali nam ręką oddalony o jakieś 200 metrów budynek i pożegnali nas oddając dokumenty. ZNÓW PRZEKROCZYLIŚMY GRANICĘ - tym razem prawie legalnie.
Italia non problem
Skierowaliśmy się w stronę wskazanego nam budynku nie wiedząc zupełnie co nas czeka. Jak się okazało było to biuro podróży. Facetowi, który tam pracował pokazaliśmy ręką na punkt graniczny, usiłując wytłumaczyć, że to celnicy nas do niego wysłali. Chwilę się zastanawiał i po namyśle zaczął wyjmować różne broszury na temat tego co można zwiedzić we Włoszech. Wyjął również składaną mapę z napisem ITALIA NON PROBLEM, po czym wręczył nam to wszystko i pożegnał nas słowami “buon viaggio”. Nie mieściło nam się to wszystko w głowie. Znów byliśmy we Włoszech. Nie mieliśmy pieniędzy ani jedzenia, nie było sensu znów ryzykować przejścia do Francji i dalszej podróży. Po krótkiej rozmowie, zdecydowaliśmy że będzie jednak najlepiej zatrzymać się na trochę we Włoszech, może uda się zarobić parę groszy i wtedy ruszymy w dalszą podróż.
Postanowiliśmy pojechać do Rzymu. Do San Remo doszliśmy znów na pieszo. Przespaliśmy się na dworcu i nazajutrz rano wsiedliśmy w pociąg jadący do stolicy Włoch. Kombinując jak zwykle udało nam się przejechać spory odcinek drogi, ale w końcu konduktor nas wyczaił i wysadził z pociągu w La Spezia zawiadamiając przy okazji policję kolejową, która zabrała nas na posterunek. Przetrzymali nas jakieś dwie godziny, po czym dali nam skierowanie na “Questura Centrale” do Rzymu i wysłali jednego policjanta żeby nas odwiózł na dworzec i kupił bilety.
Z dziennika emigranta
Do pociągu było jeszcze sporo czasu, a ponieważ było około trzynastej pomyśleliśmy żeby się przejść na bazar. Nauczyliśmy się jeszcze w Wiedniu, że sporo owoców, które już marnie wyglądały wyrzucano, wiec w pozostawionych na placu skrzynkach zawsze można było znaleźć coś do jedzenia. Nie myliliśmy się. Kiedy zaczęliśmy przebierać w owocach zaczęli do nas podchodzić handlarze i każdy niósł ze sobą torbę z jakimiś owocami, jedna kobieta pobiegła nam kupić pieczonego kurczaka, a jakiś facet podszedł i wręczył nam 10000 lirów (a mówią, że na zachodzie można zdechnąć z głodu).
Z plecakami pełnymi zapasów na drogę (za pieniądze kupiliśmy kilka bułek i kilka piw) wsiedliśmy do pociągu. Zapomniałem dodać, że również policjanci z La Spezia byli bardzo gościnni, ponieważ zaoferowali nam po kanapce. W pociągu zajęliśmy cały przedział i rozsiedliśmy się wygodnie będąc pewni, że możemy wreszcie spokojnie dojechać do Rzymu, przecież policja kupiła nam bilet. Bilet co prawda mieliśmy jeden, ale byliśmy przekonani, że jest to bilet grupowy (podobnie jak z Insbrucka do Brennero). Nikomu z nas nie przyszło do głowy, żeby go dobrze obejrzeć. Zrobił to jednak za nas konduktor, który stwierdził, ze z jednym biletem w trójkę nie możemy podróżować. Wezwał kierownika pociągu, ale ponieważ w żaden sposób nie mogli się z nami dogadać, w końcu zrezygnowani machnęli ręką i dali nam spokój.
Roma – città eterna
Był 03 luty 1990 roku. Po 13 dniach podróży, przekraczając nielegalnie granice sześć razy, po krótkim pobycie w Austrii, w Niemczech, znów w Austrii, we Włoszech, we Francji, w księstwie Monaco, i znów we Włoszech, po zwiedzeniu w międzyczasie 28 większych i mniejszych miast, dojechaliśmy do RZYMU – WIECZNEGO MIASTA. Nikt z nas tego nie planował i jeszcze dwa tygodnie wcześniej, wyjeżdżając z Wiednia nawet nie śniliśmy, że przeżyjemy tak długą i emocjonującą podróż, która zakończy się tutaj w “mieście bogów”. Jacek po około półtorarocznym pobycie powrócił do Polski, a Czech prawdopodobnie wyjechał do legii cudzoziemskiej. Jednego z Polaków spotkałem dwa lata później na Porta Portese w Rzymie. Od tamtej pory już nikogo z nich nie widziałem, ani nie mam z nikim kontaktów.
Wyjechałem z Polski z myślą o Austrii, z Austrii skierowałem się do Hiszpanii, we Włoszech zamierzałem się zatrzymać na krótko - a mieszkam tutaj już prawie 19 lat. Lata, w ciągu których wykonywałem wiele różnych prac: od mycia szyb po ogrodnika, od “Marysi” po murarza, od hydraulika po kierowcę, od pizzaiolo po kierownika hurtowni, od ferraiolo po grafikę reklamowa itd. Może kiedyś Wam jeszcze o tym opowiem…
Artur Iwanisik
Historie przez życie pisane: Do Włoch…przez pół Europy
- czwartek, 03 grudnia 2009 10:54
- Sekcja: Magazyn -
- Moje trzy grosze










