Sunday, Feb 05th

10:00:00 PM GMT

Historia

Jedyny świadek zbrodni katyńskiej

To postać wybitna, choć znana raczej historykom i pasjonatom. Większość Polaków nigdy nie słyszała o Stanisławie Swianiewiczu, jedynym świadku zbrodni katyńskiej, wybitnym naukowcu, pisarzu i prawniku, który zmarł na emigracji w Wielkiej Brytanii. Był autorem książki „W cieniu Katynia”.

Butyrki - więzienie przejściowe i śledcze w Moskwie, służące także do przetrzymywania więźniów politycznych / foto: Wikimedia CommonsUrodził się 7 listopada 1899 roku w Dyneburgu (Łotwa), w rodzinie szlacheckiej o bogatych tradycjach patriotycznych. Pradziadek Swianiewicza został stracony przez władze carskie za udział w powstaniu listopadowym. Jego dziadek i stryj, brali udział w powstaniu styczniowym. Rodzice Stanisława z racji swojego wykształcenia zajmowali wysoką pozycję społeczną - ojciec był inżynierem kolejnictwa i piastował stanowisko naczelnika odcinka kolejowego Dyneburg-Orzeł, matka była absolwentką szkoły dla szlachetnie urodzonych panien w Wilnie. Sam Swianiewicz, już jako dziecko władał trzema językami: polskim, rosyjskim i niemieckim. Warto podkreślić, że fakt, iż wychowywał się na pograniczu kultur sprawił, że był on bardzo życzliwie nastawiony do narodu i dziedzictwa rosyjskiego, co spowodowało, że w późniejszym etapie swojego życia, przez jakiś czas, miał dość naiwne podejście do władzy sowieckiej. Po ukończeniu szkoły średniej zapisał się na wydział prawa Uniwersytetu Moskiewskiego, studiował tam również nauki społeczne oraz ekonomię. Jednocześnie działał konspiracyjnie w polskim ruchu niepodległościowym. Kiedy w 1917 roku, bolszewicy rozpoczęli rewolucję październikową, Swianiewicz wyjechał z Moskwy. Dwa lata później za zasługi w konspiracji, mianowano go komendantem Polskiej Organizacji Wojskowej w Inflantach, skąd później przedostał się do Wilna, gdzie walczył w wojnie z bolszewikami. Ma na swoim koncie, także udział w słynnym buncie generała Lucjana Żeligowskiego i jeszcze słynniejszym „marszu na Wilno”.

Jeszcze podczas wojny, zapisał się na wydział prawa wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego. Zaliczono mu studia moskiewskie, dzięki czemu, mógł zacząć naukę od II roku. Po ukończeniu edukacji w Wilnie, studiował jeszcze w Paryżu, Wrocławiu oraz w Kilonii. Na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej, prezydent Mościcki mianował go profesorem nadzwyczajnym. Związany cały międzywojenny czas z Uniwersytetem Stefana Batorego, zajmował się analizą gospodarki sowieckiej (radzieckiej). Był również członkiem Instytutu Naukowo-Badawczego Europy Wschodniej - niezależnej od państwa placówki, skoncentrowanej na problemach tej części Europy, a także Instytutu Europy Wschodniej we Wrocławiu, poprzez który organizował wymianę studentów z uniwersytetami niemieckimi.

Kiedy zetknął się ze wschodzącym faszyzmem niemieckim rozpoczął pionierskie studia porównawcze gospodarek dwóch totalitarnych krajów - ZSRR i III Rzeszy. Jego stosunek do nazizmu był zdecydowanie negatywny, ale obiektywnie doceniał szybki rozwój gospodarki niemieckiej, dzięki stosowanej tam polityce interwencjonizmu państwowego. Swianiewicz śledzący na bieżąco procesy gospodarcze i społeczne w Niemczech sprzeciwiał się oficjalnej polskiej propagandzie negatywnie „podkręcającej” relacje polsko-niemieckie, widział bowiem dysproporcję sił pomiędzy III Rzeszą, a Krajem nad Wisłą. Ta postawa sprawiła, że część przedstawicieli władz RP, posądzała go nawet o germanofilstwo.

Kiedy Hitler napadł na Polskę, Stanisław Swianiewicz trafił na pierwszą linię frontu. Brał udział między innymi w bitwie pod Krasnobrodem, która skończyła się klęską. Próbując przedrzeć się do granicy węgierskiej, został pojmany przez czerwonoarmistów.

Tu zaczyna się „katyński etap” biografii Stanisława Swianiewicza. Najpierw trafia do obozu przejściowego w Putywlu, a następnie do Kozielska. Szybko zdaje sobie sprawę, że jest to obóz śledczy NKWD, w którym każdy polski wojskowy jest osobno rozpracowywany. Pod koniec kwietnia 1940 roku, wraz z transportem innych jeńców trafia do stacji Gniezdowo, koło Katynia, jednak ku swojemu zdziwieniu, nie zostaje wyprowadzony wraz z innymi oficerami z pociągu. Przez szparę w ścianie wagonu obserwował, jak umieszczano innych w autobusach z oknami zasmarowanymi wapnem i wywożono dalej w nieznanym mu wówczas kierunku. Warto dodać, że Swianiewicz jeszcze długo po tym, jak już było wiadomo, co się stało z jego współtowarzyszami, nie mógł uwierzyć, że dokonano tak masowej, bestialskiej zbrodni. Spod Katynia trafił do więzienia w Smoleńsku, a następnie do cieszącego się ponurą sławą więzienia NKWD na moskiewskiej Łubiance i więzienia na Butyrkach. Podano go tam śledztwu, które trwało kilka miesięcy. Został skazany na osiem lat łagru w republice Komi, za „szpiegostwo przeciw ZSRR”.

***

Jest sierpień 1941 roku, zostaje podpisany układ Sikorski - Majski. Na jego mocy władze ZSRR zwalniają z łagrów większość Polaków, ale nie Swianiewcza. NKWD zdaje sobie sprawę bowiem, że jest on jedynym świadkiem zbrodni katyńskiej. Trafia z powrotem do łagru. Na skutek różnych, mniej i bardziej oficjalnych zabiegów polskich dyplomatów, Stanisław Swianiewicz opuszcza obóz i trafia do armii generała Andersa, któremu natychmiast składa obszerną relację z tego, czego był świadkiem, nie pomijając „epizodu katyńskiego”. Choć udało się Swianiewicza wyciągnąć z łagru, to pojawiły się trudności z opuszczeniem ZSRR. W końcu udało mu się wyjechać wraz z profesorem Stanisławem Kotem i częścią personelu ambasady RP w Kujbyszewie.

W 1948 roku, ukazuje się w Wielkiej Brytanii książka pod tytułem „Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów”, która staje się najpełniejszym oskarżeniem wobec sowieckiego reżimu w sprawie zbrodni. Zredagowali ją: Zdzisław Stahl i Józef Mackiewicz, a wstępem opatrzył sam generał Władysław Anders…

***

Jak wyglądały dalsze losy jedynego świadka zbrodni katyńskiej? Pozostał na emigracji, zamieszkał w Londynie. Rozpoczął pracę naukową. Wykładał w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Indonezji. Najdłużej był związany z Saint Mary's University w Halifaksie. Po 18 latach połączył się ze swą żoną, której udało się opuścić Polskę po październikowej odwilży w 1956 roku. Rodzina przeżyła wojnę w Wilnie, zaś potem osiadła w Tczewie - szczęśliwie nie niepokojona przez władze pomimo tego, że postać Swianiewicza pojawiała się w wielu procesach politycznych. Ze względu na dobro bliskich, zeznania przed powołaną we wrześniu 1951 roku, specjalną komisją Kongresu USA do spraw zbadania zbrodni katyńskiej, składał występując w masce. W latach 70. w Londynie, przed wyjazdem do Danii na tzw. „przesłuchania sacharowskie” (nazwa pochodzi od nazwiska Andrieja Sacharowa, radzieckiego dysydenta - przyp. red.), dotyczące naruszania praw człowieka w krajach bloku wschodniego i tuż przed wydaniem książki o Katyniu, na pustej ulicy przeżył zamach na swoją osobę - otrzymał cios w tył głowy od nieznanego sprawcy. Ostatnie lata swojego życia, profesor spędził w Domu Kombatanta „Antokol” Polskę odwiedził tylko raz, latem 1990 roku, gdy przyjechał na ślub wnuka. Zmarł 22 maja 1997 roku w Londynie, a pochowany został w Halifax. (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Agent numer jeden

Brytyjczycy nie mogli uwierzyć, że jeden człowiek może zdziałać tak wiele. W zgodnej opinii swoich przełożonych polski agent, Jerzy Iwanow-Szajnowicz wyrządził Niemcom więcej szkód, niż niejedna aliancka armia dysponująca wsparciem lotnictwa i artylerii.

Pomnik Jerzego Iwanowa-Szajnowicza w Salonikach / foto: WikipediaNa kanwie jego przeżyć powstał film pt. „Agent nr 1”, bo bez wątpienia po tym, czego dokonał podczas II wojny światowej dla Polski i dla aliantów, taki tytuł mu przysługuje.
Zmieniał tożsamość kilka razy w miesiącu - był robotnikiem, kolejarzem, marynarzem, urzędnikiem, a nawet niemieckim oficerem. Wnikał do baz wojskowych, portów i stoczni. I gdziekolwiek się pojawił, tam siał śmierć, pożogę i katastrofy.

***
Grecja, Zatoka Eleusis, 14 marca 1942 roku, godzina 17:00. Słońce powoli kryło się za horyzontem, a lekki wiatr marszczył okoliczne wody. Nawet najwprawniejsze oko nie wypatrzyłoby z brzegu głowy pływaka, który już od godziny zmierzał w stronę stoczni remontowej. Płynął klasycznie jak zawodowiec, zanurzając i wynurzając głowę w równych odstępach czasu. Po dwóch godzinach, zatrzymał się i uważnie rozejrzał wokoło. Zmrok zapadł już na dobre. Kilkaset metrów przed nim widniały jasno oświetlone hangary stoczni. Reflektor zamontowany na wieżyczce strażniczej umieszczonej na dachu jednego z budynków leniwie omiatał wody zatoki. Przy betonowym nabrzeżu stała przycumowana olbrzymia łódź podwodna. Na brzegu roiło się od ludzi. Część z nich zajęta była wnoszeniem ekwipunku na U-Boota. Znikali we wnętrzu hangaru, by po chwili wyjść trzymając w rękach butle z tlenem, maski i płetwy. Tak obładowani wchodzili po trapie na łódź podwodną. Pływak ostrożnie zbliżył się do stalowego cielska. Kiedy był już przy nim zanurkował i obmacując żelazny kadłub kilka metrów pod powierzchnią wody przesunął się ku rufie. Zza paska wyjął okrągły, metalowy przedmiot. Umocował go tuż przy sterze głębokości i przekręcił śrubę zapalnika. Potem energicznie odepchnął się nogami od kadłuba i odpłynął od niego jak najdalej. Wynurzył się na powierzchnię około dwadzieścia metrów od okrętu. Kiedy po trzech godzinach skrajnie wyczerpany dotarł do przeciwległego brzegu usłyszał w oddali odgłos wybuchu…

***
Jerzy Iwanow-Szajnowicz urodził się w Warszawie w grudniu 1911 roku w rodzinie rosyjskiego pułkownika Władimira Iwanowa i Polki Leonardy Szajnowicz. Kiedy miał kilka lat, jego matka rozwiodła się z ojcem i wyszła ponownie za mąż za greckiego biznesmena Jannisa Lambrianidisa, z którym wkrótce wyjechała do Salonik. Jerzy został w Polsce pod opieką rodziny i rozpoczął naukę w szkole ojców marianów. Mając 14 lat dołączył do matki i ojczyma w Grecji. Kontynuował naukę we francuskim liceum w Salonikach i mniej więcej w tym czasie zainteresował się pływaniem. Szło mu tak dobrze, że wkrótce był jednym z najbardziej znanych młodych sportowców w Grecji. Po maturze wyjechał do Belgii na studia rolnicze. Podczas nich, zdobył tytuł Akademickiego Mistrza Belgii w pływaniu. Każde wakacje spędzał u rodziny w Polsce. Zapisał się do warszawskiego AZS-u i stał się podporą drużyny piłki wodnej. W 1937 roku, jego zespół zdobył Mistrzostwo Polski, a on został członkiem kadry narodowej w piłce wodnej i kilkakrotnie uczestniczył w zawodach. Wybuch wojny zastał go w Salonikach. Nawiązał kontakt z polską misją wojskową i przy współpracy z nią pomagał uchodźcom, którym udało się przedostać do Grecji. Załatwiał im dokumenty, żywność, zapewniał schronienie. Kiedy Niemcy zajęli Grecję w kwietniu 1941 roku, Jerzy Iwanow-Szajnowicz przedostał się do Palestyny i zgłosił się do dowództwa Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, która tam przechodziła szkolenie pod okiem Brytyjczyków. Rodacy potraktowali go bardzo nieufnie. Podejrzenia wzbudzało jego rosyjskie nazwisko dlatego dodał doń  nazwisko panieńskie matki oraz późno otrzymane obywatelstwo (polski paszport otrzymał po wielu staraniach w 1935 roku). Pod byle pretekstem wepchnęli go Brytyjczykom. Ci w wysportowanym, władającym sześcioma językami Polaku (oprócz polskiego, Iwanow-Szajnowicz znał doskonale grecki, angielski, niemiecki, rosyjski i francuski) natychmiast zobaczyli materiał na znakomitego agenta wywiadu. I nie pomylili się. Z Palestyny trafił do Aleksandrii, gdzie w ośrodku brytyjskiego wywiadu przeszedł wszechstronne szkolenie dywersyjne. W październiku 1941 roku, na pokładzie okrętu podwodnego HMS „Thunderbolt” został przetransportowany do Grecji. Miał papiery na nazwisko Kiriakos Paryssis, dla Brytyjczyków był Agentem 033B. W tym czasie w Afryce Północnej walczył niemiecki Afrika Korps. Lwia część zaopatrzenia - żywności, amunicji i paliwa docierała z Grecji. Brytyjczycy za wszelką cenę musieli zniszczyć źródła tych dostaw i odciąć Niemców od pomocy z Europy. Natychmiast po przybyciu do Grecji Agent 033B przystąpił do działania. Grecki ruch oporu był jeszcze w powijakach, więc Iwanow-Szajnowicz musiał korzystać głównie z własnych znajomości. Nawiązał kontakt z greckimi marynarzami, robotnikami, studentami, policjantami i urzędnikami. Stworzona przez niego siatka dokonywała aktów sabotażu, które znacznie uszczupliły niemiecki potencjał wojenny w Grecji. Jego ludzie pracujący w zakładach lotniczych Malziniotti w Nowym Faleronie umieszczali w samolotowych zbiornikach paliwa niewielkie pastylki będące mieszanką różnych tłuszczów i olejów, które powodowały dekompozycję paliwa. Samolot startował i po przeleceniu kilku kilometrów gwałtownie pikował, rozbijając się na ziemi, bądź wpadając do morza. Niemcy stracili wskutek tego sabotażu około 400 maszyn. Kolejarze zwerbowani przez Polaka niszczyli lokomotywy ciągnące składy z bronią i amunicją. Wrzucali do ich kotłów niewielkie pakunki dostarczone przez agenta, zwane „mydełkami”. Powodowały one gwałtowne wydzielanie pary i eksplozję kotła. Za pomocą przywiezionej z Aleksandrii radiostacji, polski agent informował Brytyjczyków o rozmieszczeniu jednostek niemieckich i włoskich, składów paliwowych i magazynów z amunicją. Po otrzymaniu tych informacji brytyjskie bombowce równały wskazane cele z ziemią. Iwanow-Szajnowicz sam często brał udział w tych aktach sabotażu. Najbardziej spektakularne z nich przeprowadzał osobiście. |Oprócz niemieckiego U-Boota, zatopił przejęty przez Niemców grecki niszczyciel „Król Jerzy”, hiszpański transportowiec i włoski ścigacz. Na wyspie Faros, spalił całą flotyllę kutrów wyładowanych amunicją dla niemieckich wojsk w Afryce. Do zacumowanych w porcie okrętów docierał po zmroku po pokonaniu wielu kilometrów w wodzie, przyczepiał minę magnetyczną do kadłuba i odpływał pod osłoną ciemności. Był nie do wykrycia. Przygotował także zamach na Mussoliniego, który wizytował swoje wojska w Grecji i miał się zatrzymać w ateńskim hotelu „Grande Bretagne”. Wszystko było gotowe, kiedy Mussolini nagle zmienił plany i zamiast do hotelu pojechał do włoskiej ambasady.

***
Iwanow-Szajnowicz wpadł w Atenach we wrześniu 1942 roku. Do dziś nie wiadomo, kto go wydał. Osadzony w więzieniu Averof, po śledztwie i torturach stanął przed niemieckim sądem, któremu powiedział wprost: „Wysłali mnie Anglicy, ale jestem Polakiem. Wysłannikiem tej Polski, która nigdy nie ustanie w walce z waszym najazdem”. 4 stycznia 1943 roku na terenie strzelnicy wojskowej w Atenach wraz z sześcioma współpracownikami stanął przed plutonem egzekucyjnym. Jeszcze raz spróbował ucieczki. Podczas szkolenia w Aleksandrii nauczono go sposobu na zdjęcie kajdanek, więc teraz rozpiął je niepostrzeżenie i zanim ktokolwiek się zorientował dał nura w krzaki. Uciekał zakosami, a kule świstały mu koło głowy. Niemcy strzelali bardzo chaotycznie, przerażeni, że uciekł im najważniejszy więzień. Wszyscy z wyjątkiem jednego. Jeden żołnierz z plutonu egzekucyjnego przyklęknął, starannie wycelował i nacisnął spust. Na białej koszuli uciekiniera pojawiła się czerwona plama. Ciężko rannego Jerzego Iwanowa-Szajnowicza przywleczono z powrotem na miejsce egzekucji i przywiązano do dwóch palików. Chwilę potem pluton egzekucyjny stanął kilka metrów przed nim, przeładował broń i na komendę dowódcy oddali salwę. Tak zginął Agent nr 1… (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

„Stary Doktor” i jego dzieci

Przyjaciele z „aryjskiej” strony, wielokrotnie podejmowali próby wyprowadzenia go z getta, zapewniali bezpieczne schronienie. Nie można było jednak ocalić setek dzieci, więc heroicznie odmawiał skorzystania z szansy ucieczki, nie zgadzał się na opuszczenie swych podopiecznych…

W tym roku przypadają dwa ważne jubileusze związane z postacią Janusza Korczaka - jego 70. rocznica śmierci w obozie zagłady w Treblince i 100. rocznica założenia przez niego Domu Sierot przy ulicy Krochmalnej w Warszawie. We wrześniu minionego roku, Sejm podjął uchwałę ustanawiającą rok 2012 „Rokiem Janusza Korczaka”.

***
Janusz Korczak znany również jako „Stary Doktor”, był lekarzem i pedagogiem, a jego prawdziwe nazwisko brzmiało Henryk Goldszmit. Urodził się 22 lipca 1878 albo 1879 roku w Warszawie. Pochodził z rodziny zamożnego adwokata pochodzenia żydowskiego, która od dawna wrosła w polską kulturę i tradycję. Całe życie Korczaka związane było z Warszawą.

Gdy Henryk miał lat 18, wydarzyła się tragedia. Śmierć ukochanego ojca zrujnowała materialnie całą rodzinę. Ciężar jej utrzymania spadł na barki Henryka, ówczesnego studenta medycyny. Sytuacja ta zmuszała go do udzielania korepetycji leniwym dzieciom bogatych rodziców. Już w tym czasie, zaczynał interesować się psychiką i warunkami życiowymi dzieci biednych. Był częstym gościem robotniczych dzielnic Powiśla, Solca, Woli i Starówki. Starał się pomóc najbiedniejszym. Chodził po domach, opowiadał baśnie, w wieczór wigilijny był św. Mikołajem roznoszącym groszowe podarki, pomagał w nauce. Wkrótce podjął działalność społeczną w Warszawskim Towarzystwie Dobroczynności. Uczył także ubogie dzieci.

W roku 1903, Korczak po skończeniu medycyny na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczął pracę jako lekarz-pediatra w szpitalu dziecięcym w Warszawie. Wkrótce zyskał rozgłos jako lekarz darmowej klienteli. Swą wiedzę pogłębiał w klinikach Berlina, Londynu i Paryża.

Dwa lata później, musiał wyjechać na wojnę rosyjsko-japońską jako lekarz wojskowy. Po niej, wrócił do swego szpitala. Pracował znowu wśród małych pacjentów biednych i bogatych. Nie chciał zrobić kariery w praktyce prywatnej, ale zapragnął być lekarzem i wychowawcą dzieci. Miał około 30 lat, gdy ostatecznie zrezygnował z założenia własnej rodziny. Wiele trzeba było się wyrzec i wiele poświęcić, by w tak szczególny sposób odnaleźć powołanie w swoim życiu.

Korczak włączył się do działalności Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” i starań o budowę domu, przystosowanego do potrzeb sierocińca. Do nowego budynku przy ulicy Krochmalnej 92 przeniesiono dzieci w 1912 roku, ze starego poklasztornego budynku przy ulicy Franciszkańskiej. Korczak objął funkcję dyrektora Domu Sierot i stał się jego mieszkańcem, zajmując izbę na poddaszu nad dziecięcymi sypialniami. Swą samotność związał z najbardziej osamotnionymi podopiecznymi. Miał wtedy 34 lata. Dom Sierot stał się warsztatem samodzielnej pracy i badań Korczaka. Tam doskonalił swój system wychowawczy, a wieczorami i nocami pisał dzieła pedagogiczne i powieści.

Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę, Janusz Korczak wspólnie z Marią Falską zorganizował zakład opiekuńczy dla dzieci i sierot z ubogich przedmieść Warszawy, dla dzieci działaczy robotniczych aresztowanych, więzionych i prześladowanych. W okresie międzywojennym, współpracował z Polskim Radiem, w którym właśnie pod pseudonimem „Stary Doktor” był jedną z najbardziej znanych osób w Polsce. Przez radio wygłaszał pogadanki o wychowaniu, których słuchano całymi rodzinami.

Wybuch wojny z hitlerowskimi Niemcami we wrześniu 1939 roku dla Korczaka znów oznaczał służbę sanitarną w wojsku. Nie został zmobilizowany, bo miał wtedy już przeszło sześćdziesiąt lat. Z dużą ofiarnością włączył się jednak do cywilnej obrony Warszawy. Opatrywał rannych, przygarniał zagubione w czasie działań wojennych dzieci, chronił Dom Sierot. Przemawiał do malców przez radio, udzielając rad i wskazówek, jak mają zachować się w tych trudnych dniach. Nie zdjął munduru w okupowanej Warszawie. Nie założył także opaski z gwiazdą Syjonu, którą hitlerowcy kazali nosić na rękawie wszystkim osobom pochodzenia żydowskiego. Został aresztowany i uwięziony. Jego byli wychowankowie po kilku miesiącach wykupili go za uskładane pieniądze. Gdy na rozkaz okupanta utworzono w Warszawie getto, przesiedlano Dom Sierot do coraz mniejszych lokali na Chłodną, później na Śliską. Życie w getcie to prawie dwa lata rozpaczliwych wysiłków wycieńczonego i schorowanego Korczaka o zdobywanie dla 200 wychowanków żywności, opału, czy leków.

W lutym 1942 roku, Korczak podjął decyzję objęcia pracy wychowawcy w domu podrzutków na ul. Dzielnej, bo chciał ratować dzieci, krzywdzone tam przez personel getta. Przyjaciele z „aryjskiej” strony wielokrotnie podejmowali próby wyprowadzenia Korczaka z getta, zapewniali bezpieczne schronienie. Nie można było jednak ocalić setek dzieci, więc „Stary doktor” heroicznie odmawiał skorzystania z szansy ucieczki, nie zgadzał się na opuszczenie swych podopiecznych. Swój wstrząsający pamiętnik pisał nocami od maja do 4 sierpnia 1942 roku. Na dacie tej zapiski się urywają…

W hitlerowskiej straszliwej akcji likwidacji getta, rozpoczętej 22 lipca 1942 roku z placu przeładunkowego Umschlagplatz na Stawkach, odchodziły wagonami bydlęcymi transporty Żydów kierowane do komór gazowych obozu zagłady w Treblince. W dniach od 5 do 8 sierpnia szły transporty dziecięce. Około czterech tysięcy dzieci z wszystkich sierocińców wraz z wychowawcami. Wśród nich Korczakowskie dzieci ze swym zielonym sztandarem nadziei oraz sam Janusz Korczak niosąc najmłodsze dziecko na ręku. Wraz z dziećmi zginął straszliwą śmiercią. Stał się symbolem męczeństwa tysięcy bezimiennych ofiar obozów zagłady.  (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Befana – niedoszła towarzyszka Trzech Króli

6 stycznia – święto Befany

Jak mówi dawna legenda włoska, Trzej Królowie, w czasie podróży do Betlejem, zagubili się w drodze. Nie mogąc sami jej odnaleźć, zwrócili się o pomoc do napotkanej w lesie tajemniczej staruszki. Wyjawili przed nią cel swej podróży i zaprosili do wspólnego poszukiwania cudownego dziecięcia. Staruszka, która była dobrą wiedźmą, drogę im wskazała, lecz stanowczo odmówiła udania się tam z nimi, tłumacząc się brakiem czasu. Niedługo potem pożałowała jednak swej pochopnej decyzji i postanowiła podążyć w ślad za Trzema Królami. Przygotowała zatem dla Dzieciątka kosz pełen różnych słodkości i rzuciła się na poszukiwanie miejsca narodzenia. Niestety, gwiazda betlejemska straciła w międzyczasie swój blask, stajenka Pańska była już pusta i zawiedziona staruszka krąży dalej po świecie i obdarza darami wszystkie dobre dzieci, w nadziei, że kiedyś spotka wśród nich małego Jezusa. Ludzie nazwali ją Befana, bo jest tą, która czeka na objawienie się, epifanię boskiego dziecięcia.

Święto Objawienia Pańskiego, w Polsce zwane “Trzech Króli” to dla większości Włochów nic innego jak tylko “LA BEFANA“. Zamiast tradycyjnych Mikołajek celebrowanych 6 grudnia, świętują oni ludowo-religijną postać dobrej wiedźmy, która w nocy z 5 na 6 stycznia zakrada się do domów, gdzie są dzieci i zostawia im różne dary ukryte w kolorowych skarpetach, zawieszonych nad kominkiem lub na drzwiach mieszkań. Dla dobrych i posłusznych zostawia słodycze, dla zasługujących na karę rózgę lub kawałek węgla.

W ostatnich dziesięcioleciach Befana straciła prawie zupełnie dawny religijny wymiar. Mimo wysiłków ludzi Kościoła by “ochrzcić” ludową tradycję, festa Befany jest w oczach większości Włochów dobrym wstępem do karnawału i miłą okazją do zabawy z dziećmi.

Nie oznacza to jednak, że katolicy stracili zupełnie z oczu święto Objawienia i że nie próbują nadal łączyć zabawę z religijnym przesłaniem. W Rzymie, w 1986 roku zrodziła się tradycja malowniczego korowodu Befany i Trzech Króli, która przechodzi przez prowadzącą do Watykanu Via Cinciliazione i kończy się śpiewami i modlitwą przed Stajenką Jezusa na placu św. Piotra. Każdego roku inny region lub miasto Italii jest organizatorem tej manifestacji. Jest to okazja do prezentacji lokalnych strojów, tradycji religijnych i historycznych, orkiestr i zespołów folklorystycznych.

www.rzym.it

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Uwielbiany przez tłumy

Był jednym z ważniejszych dowódców alianckich kampanii podczas II wojny światowej, ale po jej zakończeniu, jedyne co zaoferowali mu alianci, to praca barmana w jednym ze szkockich hoteli...

Na szlaku bojowym generała Stanisława Maczka stoi w Europie Zachodniej ponad 300 pomników. Ten, który wzniesiono w Warszawie, powstał dzięki jego żołnierzom i mieszkańcom 44 miast na zwycięskim szlaku bojowym, od Edynburga do Wilhelmshaven. Władze niepodległej Rzeczypospolitej nie dały na ten pomnik nawet złotówki.

***
Urodził się w 1892 roku na Kresach. Ukończył Wydział Filozofii Filologii Polskiej na Uniwersytecie Lwowskim. Jako student odbył przeszkolenie w Związku Strzeleckim. Podczas I wojny światowej został wcielony do armii austriackiej, służąc w pułku tyrolskim na froncie włoskim. W swoim batalionie, był jedynym oficerem Polakiem. W 1918 roku, wstąpił do tworzącego się Wojska Polskiego, a następnie wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W okresie międzywojennym, dowodził batalionem piechoty w 26 pp we Lwowie, później odbył studia w Wyższej Szkole Wojennej, po których został zastępcą dowódcy 76 pp. Przez następne pięć lat dowodził 81. Pułkiem Strzelców Grodzieńskich.

Na rok przed wybuchem II wojny światowej był już pułkownikiem i dowódcą 10. Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej, z którą związał się na całe życie. To była pierwsza jednostka tworzących się nowych sił pancernych Wojska Polskiego. Brygada Maczka szybko stała się chlubą całej armii polskiej. W 1939 roku, 10. jednostka wzięła udział w walkach z przeważającymi siłami wroga na południu Polski, stawiając czoło całemu XXIII Korpusowi Pancernemu nieprzyjaciela. Po ataku wojsk sowieckich na Polskę przekroczyła granicę węgierską, nie dając się pobić wojskom hitlerowskim. Wkrótce potem pułkownik Maczek zameldował się u generała Władysława Sikorskiego w Paryżu, który powierzył mu dowództwo 1. Polskiej Dywizji Piechoty, awansując do stopnia generała za zasługi w kampanii wrześniowej.

We Francji odtworzył swoją brygadę, która teraz nazywała się 10. Brigade Motorisée Polonaise. Bronił Francji przed Niemcami, choć Francuzi twierdzili, że poradzą sobie bez Polaków. Przypomnieli sobie o nich, kiedy padła Linia Maginota. Pod Montbard, w nocy z 16 na 17 czerwca, dywizja otoczona przez niemieckie jednostki pancerne, pozbawiona artylerii polowej, zaskoczyła Niemców zdobywając miasto. Po kapitulacji Francji ukrywał się wraz z wieloma żołnierzami w Marsylii. Z Europy, w przebraniu Araba, przedostał się do Maroka, a stamtąd do Wielkiej Brytanii, gdzie został dowódcą 10. Brygady Kawalerii Pancernej. Za zasługi bojowe we Francji gen. Władysław Sikorski, w owym czasie Wódz Naczelny, odznaczył go Krzyżem Virtuti Militari IV klasy. W 1942 roku brygada przekształciła się w 1. Dywizję Pancerną. Jednostka od samego początku wzięła udział w inwazji w Normandii. Trafiła tam już 1 sierpnia 1944 roku. Maczek i jego dywizja szybko stali się sławni dzięki działaniom pod Falaise, kiedy to odcięli Niemcom drogę ucieczki na wschód. Dywizja wzięła do niewoli 5113 jeńców, zniszczyła 55 czołgów, 44 działa polowe, 38 samochodów pancernych i 207 pojazdów mechanicznych. Wśród zniszczonych niemieckich dywizji była również  2. Panzer Division, ta z którą Maczek bił się w Polsce podczas kampanii wrześniowej. Za manewr pod Falaise pochwalił generała sam marszałek Montgomery. Dywizja Pancerna nadal prowadziła działania na kierunku belgijskim, zdobywając liczne miasta: Ypres, Passchendale, Roulers, Thielt.

Kolejnym ważnym etapem na szlaku bojowym była Breda w Holandii. To tutaj generał Maczek, który zawsze bardzo oszczędzał swoich żołnierzy, poniósł dotkliwe straty. Właśnie dlatego uważał Bredę za swoje szczytowe osiągnięcie strategiczne z jednej strony, a z drugiej za symbol wiecznego rozstania z wieloma towarzyszami broni. Później poprosił, by pochowano go na polskim cmentarzu w Bredzie. Wyzwalał miasta starając się ich nie niszczyć, za co zdobył sobie wdzięczność i uznanie setek tysięcy ludzi.

Ostatni etap kampanii to niemieckie Wilhelmshaven, gdzie poddały się generałowi dowództwa twierdzy i bazy Kriegsmarine, floty „Ostfrisland”, 10 dywizji piechoty oraz 8 pułków piechoty i artylerii. Liczebnie: 2 admirałów, 1 generał, 1900 oficerów i 32 tysięcy szeregowych. Zdobycz Polaków objęła: 3 krążowniki, 18 U-Bootów, 205 mniejszych okrętów wojennych i pomocniczych, 94 działa forteczne, 159 dział polowych, 560 ckm-ów, 370 lkm-ów, 40 tysięcy karabinów, 280 tysięcy pocisków artyleryjskich, 64 miliony sztuk amunicji do broni ręcznej, 23 tysięcy granatów ręcznych i liczne składy torped i min oraz zmagazynowane zapasy żywności na trzy miesiące dla 500 tysięcy żołnierzy.

1. Dywizja Pancerna straciła prawie 5000 żołnierzy (połowę stanu osobowego). Liczba zabitych i wziętych do niewoli Niemców była czterokrotnie wyższa (około 20 tysięcy). Podobnie jak generałowi Andersowi, tak i generałowi Maczkowi zarzucano, że nie oszczędzał życia swoich żołnierzy. Straty w dywizji gen. Maczka były jednak nie większe, niż w innych dywizjach alianckich. Choć bardzo chciał zobaczyć swoją ukochaną ojczyznę, to nigdy do niej nie wrócił. Miał świadomość, co grozi mu z rąk komunistów. Kiedy w odpowiedzi na jego decyzję pozbawiono go obywatelstwa polskiego, postanowił sobie, że nigdy do Polski nie wróci. Osiadł na stałe w Szkocji, w Edynburgu, pozbawiony jakichkolwiek świadczeń. Będąc już w podeszłym wieku musiał pracować na utrzymanie rodziny. Pracował jako barman w hotelu „Learmouth” w Edynburgu. Ale nie czuł się upokorzony. Znosił to z godnością, a nawet z humorem. Kiedy odwiedzali go jego żołnierze, na przywitanie strzelali obcasami.

Do końca życia chodził w skórzanej kurtce, którą nosił w czasie inwazji. W 80-lecie jego urodzin złożył mu wizytę holenderski książę Bernard, przywożąc ze sobą Brabancką Orkiestrę Symfoniczną. Wcześniej generał Maczek został odznaczony wysokim orderem DSO (Distinguished Service Order) i Orderem Łaźni przez Brytyjczyków oraz Komandorią Legii Honorowej przez Francuzów. Rzeczpospolita Polska była jak zwykle ostatnia: dopiero w 100. rocznicę urodzin minister Szeremietiew zawiózł generałowi Order Orła Białego. Po przeniesieniu jego grobu z Edynburga do Bredy, Holendrzy urządzili mu wspaniały pogrzeb. Wtedy w Polsce przypomniano sobie jeszcze raz o generale: przysłano Orkiestrę Reprezentacyjną Wojska Polskiego. Zmarł w Edynburgu w 1994 roku, żył 102 lata. (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com