Wstydzimy się jej. Traktujemy ją jak wirusa, do którego lepiej się nie przyznawać. Uciekamy przed nią w intensywne, ale powierzchowne kontakty. Samotność. Dlaczego się jej boimy? Czy rzeczywiście jest to stan, z którego nie wynika dla nas nic dobrego?
O samotności pisali poeci, ale nie tylko ich dotyka poczucie osamotnienia. Z badań wynika, że co siódmy Polak czuje się samotny, a 65 % ankietowanych przyznaje, że są takie sytuacje w ich życiu, w których czują się bardzo osamotnieni.
Socjolodzy i psycholodzy zwracają uwagę na to, że żyjemy w coraz większej społecznej izolacji, co może spowodować również większe poczucie osamotnienia. W pogoni za sukcesem, w świecie wymagającym od nas „coraz więcej i coraz szybciej”, być może to właśnie samotność pozwala nam dostrzec siebie takimi, jakimi jesteśmy naprawdę i dotrzeć do źródła własnej siły. A wtedy dzieli nas tylko krok od spotkania drugiego człowieka, który również stanął oko w oko ze swoją samotnością.
Samotność może być stanem, który sprzyja odnalezieniu własnej siły, poznaniu siebie, swoich braków i zalet, może prowadzić do niezależności w obcowaniu z otaczającym nas światem i ludźmi. Może być długim, kilkuetapowym procesem.
Pierwszy etap to często odpychanie, uciekanie od własnej samotności, próba zapomnienia o niej poprzez kontakty (nieważne z kim, byle tylko były; to tzw. ucieczka w tłum) lub trwanie w związku uzależniającym z partnerem, matką lub ojcem. Gdy jesteśmy już gotowi spotkać się z własną samotnością, mamy szansę doświadczyć siebie w kilku odsłonach, na kilku płaszczyznach. „… pozwolić narosnąć napięciu między tym, jaka naprawdę jesteś, a tym, jaką cię uczą być. Pracować nad śmiercią starego i narodzinami nowego, opartego na intuicji…”.
Myślę, że jedną z dróg prowadzących do odkrycia nowego „ja” jest długie obcowanie, często w samotności z samym sobą. Poprzez doświadczenie samotności możemy spojrzeć na siebie i otaczający nas świat z dystansu. Im dłużej bronimy się przed nią, walczymy z nią, próbujemy zastąpić różnymi aktywnościami i działaniami – zamykamy się na odkrycie swojej twórczej jaźni.
Drugim etapem jest „wejście w samotność”. Przez jakiś czas będzie nam wtedy towarzyszyć smutek, ból, rozpacz, zniechęcenie, niemoc, brak wiary. Zatrzymując się na tym etapie – bez próby zrobienia następnego kroku – zapraszamy do siebie lęki, obsesje, stany depresyjne, a czasem w ogóle wyłączamy się z życia. Aby zrobić krok naprzód, trzeba zgodzić się na samotność, zaakceptować ten stan, a na koniec pokochać go. Mamy wtedy szansę w pełni pokochać siebie samego.
Każdy w swoim życiu doświadcza samotności. Niektórzy zatrzymują się na pierwszym etapie, tzw. ucieczki w tłum, inni trwają w smutku i lęku, natomiast dojrzały człowiek może dzięki samotności dotrzeć do swojej prawdziwej natury. To początek pracy nad sobą, której celem jest poznanie jasnych i ciemnych stron swojego „ja”. Dopiero wtedy możemy zaakceptować to, że mamy w sobie agresora, dziką naturę, która pozwala atakować, być złym drapieżcą i to wcale nie umniejsza naszego człowieczeństwa. Mam tu na myśli uczucia złości, zazdrości, wykorzystywania, które – gdy uznajemy je w sobie – wyzwalają zachowania ekspresyjne i prawdziwe.
Konfrontacja z negatywnymi uczuciami to szczególne wyzwanie dla osób „ugrzecznionych”, które doświadczają depresji, nerwicy, lęków i obsesji, ponieważ w dzieciństwie obciążono je tzw. powinnościami (przekonaniami, że np. zawsze trzeba być grzecznym, miłym, uśmiechniętym, złość piękności szkodzi, trzeba być twardym, nie wolno płakać, okazywanie uczuć to wstyd). Tkwią w powinnościach i nie wiedzą, jacy są naprawdę. Bycie w samotności odsłania ich prawdziwe „ja”. Gdy je zaakceptują, wyjdą z osamotnienia jako inni ludzie. Zrozumieją, że mogą wyrażać siebie na bardzo wiele sposobów i nie uzależniają swoich reakcji od akceptacji otoczenia. Nasze prawdziwe „ja” daje nam siłę do życia, przeżywania, bycia tu i teraz i co za tym idzie – do prawdziwego bycia z ludźmi i otaczającym nas światem.
Dorota Gontarz
Psycholog
Masz pytanie? Zadzwoń: 3270821265 lub napisz:










